[Kobiety toru] Agnieszka Godras

W latach 1987 – 1997 na polskiej scenie torowej królowała Agnieszka Godras. W tym czasie tylko w kolarstwie torowym stawała na podiach Mistrzost Polski 19 razy, w tym 16 na pierwszym miejscu i 3 na drugim.
A startowała jeszcze na szosie i na MTB.

Jej rekord, 34.36′ na 500 m. ze startu zatrzymanego jaki uzyskała w Szczecinie w 1990 roku do tej pory nie został pobity w Polsce (przynajmniej nie znalazłam takich informacji) a nawet dzisiaj na światowych imprezach łapie się w top 10.

Obecnie pani Agnieszka jest dyrektorem klubu Bo Go Szczecin.

Pierwsze kobiece Mistrzostwa Polski

Historia polskiego kolarstwa torowego ma już prawie sto lat.
Pierwsze Mistrzostwa Polski odbyły się w 1921 roku ale kobiety wystartowały dopiero 1987 roku.

Wśród pań zostały wówczas zoregrane trzy konkurencje: 500 metrów ze startu zatrzymanego, sprint i 3000 metrów indywidualnie na dochodzenie.

Wszystkie złote medale zgarnęły zawodniczki klubu Gryf Szczecin i były ty odpowiednio Izabela Iwaszkiewicz, Agnieszka Godras i Małgorzata Sandej.

Pierwsze Mistrzynie Polski w kolarstwie torowym.

Zawody odbywały się na warszawskim torze Orzeł i wyglądały tak https://www.youtube.com/watch?v=s4Xdn6Q8YD8
(Wyścig punktowy mężczyzn)

Kolarstwo torowe w świetle ostatnich zawirowań w Polskim Związku Kolarskim

Bardzo się starałam trzymać z dala od polityki, ale ta dopadła mnie nawet na torze. Na torze, o którym przecież nikt nie mówi. Przynajmniej do tej pory nie mówił.

Po przeczytaniu (a potem przeczytaniu ponownie) wywiadu z kolarzami torowymi pomyślałam, że też sobie pozwolę na komentarz. Ale nie na opinię. Tę zostawię dla siebie.

Kolarstwo torowe staje się coraz bardziej popularne. Może daleko mu jeszcze do czasów przedwojennych, ale się rozkręca. Tor w Pruszkowie dał lepsze warunki do trenowania a zawodnicy zrobili swoje. Pojawili się sponsorzy.

Amatorów z roku na rok jest coraz więcej. Jeżdżą prywatnie i przychodzą kibicować elicie. Na Pucharze Świata pojedyncze miejsca były wolne.

Z której strony by nie patrzeć, się kręci. I nie brakuje pieniędzy.

Wiecie czego mi brakowało zawsze jako odbiorcy tego sportu?

Informacji.

Informacji, że będzie jakaś impreza. Jak już byłam na imprezie (nie licząc PŚ) to oprawy, jedzenia na miejscu – przez lata opracowałam własny system zamawiania pizzy na tor i przywożenie termosu z herbatą.

Brakowało mi jakiegokolwiek działania. Byliście kiedyś na starych, nieużywanych obiektach sportowych? Na Skrze, albo chociażby na AWFie. To bardzo przykry widok. A ja, miałam czasami myśli, że kiedyś ten tor popadnie w taką samą ruinę.

Sam tor jest super, ale wszystko dookoła już nie. W ubikacjach są pourywane pojemniki na papier toaletowy. W szatniach często rozstawione polówki na których wciąż leży pościel.

Jest kompleks saun, z których chyba nikt nigdy nie korzystał. Czasami służą za damską szatnię.

Na ostatnim treningu stało wiadro, do którego kapała woda z przeciekającego dachu.

Co chcę przez to powiedzieć? Że z boku, wygląda to tak, jakby nie tyle nikomu nie zależało, ale nie było w niczyim interesie, żeby to się rozwinęło. Jakby upadek toru był komuś na rękę?

Głośno się mówi o odejściu CCC, które przez tyle lat sponsorowało polskie kolarstwo. Ale też CCC nie było pierwszym sponsorem i znając historię świata z pewnością nie będzie ostatnim. Sponsorzy się zmieniają, wystarczy prześledzić zawodowy peleton szosowy jak drużyny powstają i znikają.

Ale przecież sponsor to nie instytucja charytatywna. Wątpliwe jest, żeby przez te wszystkie lata firma z kolarstwa nic nie miała w zamian. Ja pamiętam CCC z dawnych lat. Nie było tych sklepów w wielkich centrach handlowych a butów nie reklamowały słynne modelki. Jest takie powiedzenie: “Psy szczekają, a karawana idzie dalej”. Nawet jeśli pan Miłek nie zmieni zdania, osobiście głęboko wierzę, że znajdzie się inny sponsor.

A teraz do sedna sprawy. Kiedyś usłyszałam “robimy w rozrywce”. To było o kolarstwie właśnie. Dokładnie tak, to jest rozrywka. Dla nas, dla kibiców. Jak w każdej rozrywce, jest scena i zaplecze. I wszystko co się dzieje na zapleczu powinno służyć jak najlepszemu występowi na scenie. Tymczasem, wydaje się, że w kolarstwie zaplecze pracuje na to, żeby zaplecze miało się dobrze.

Chciałabym powiedzieć, że to tak nie działa, ale czyżby? Wywiad został opublikowany 21 grudnia, a chłopaki opowiadają, żę nie wiedzą czy od stycznia nie będą szukać nowej pracy. Tylko, jak nie będzie komu występować na scenie, wtedy wszyscy pójdą szukać nowej pracy.

 

Kolarstwo torowe ma w tej chwili ogromny potencjał. Świetnych zawodników, rosnącą rzeszę kibiców i wyniki na światowym poziomie.

 

Nie spieprzcie tego, proszę państwa.

Pierwsze zawody

Śmiesznie jak to się czasami w życiu układa. Zawsze kochałam sport, ale on nigdy nie był traktowany przeze mnie zbyt „poważnie”. W końcu WF jako ulubiony przedmiot niedorównywał powagą matematyce, chemii czy języku w moim przypadku angielskiemu.

Myślałam o studiach na AWFie, ale ostatecznie wylądowałam na informatyce. Nie żałuję, ale serce nie sługa. Zbiegiem fortunnych przypadków (albo i nie przypadków) jestem tu gdzie jestem.

Pamiętam pierwsze zajęcia na torze i poczucie, że to jest surrealistyczne nadal mnie nie opuszcza, mimo, iż minęło już półtora roku.

Teraz były pierwsze „zawody”. Zawody w cudzysłowie, bo chodziło o to, żeby się dobrze bawić. Ja się bawiłam świetnie. Mam poczucie, że pojechałam dobrze i doświadczyłam tej frajdy jaką daje zgrana drużyna. Mam nadzieję, że pozostali też miło wspominają ten wieczór.

Z prezentami się nie wychylałam, bo to miała być niespodzianka, ale kiedy zadzwonił do mnie jeden z zawodników, Tomasz Krupski, właściciel firmy „Kawa dla Kolarzy”, i powiedział, że chciałby ufundować nagrody, usiadłam z wrażenia.

Tomasz Krupski, Kawa dla Kolarzy

Wszystkim razem i każdemu z osobna chcę podziękować za zaufanie, za udział i wspieranie mnie w tym przedsięwzięciu. Każde miłe słowo dodaje otuchy i utwierdza w przekonaniu, że idzie dobrze.
Każda uwaga jest niezwykle cenna, żeby nie wypaść z właściwych torów.

Zrobiło się trochę nostalgicznie, ale tak jest kiedy idą Święta i choinka pachnie.

Zatem, Wesołych Świąt i drobny upominek w postaci zdjęć z zawodów.

https://photos.app.goo.gl/Nyr600mGKhuki8fq2

 

Zdjęcia wykonała Kamila Zawadzka, Kamila Fotografuje

Sześciodniówka w Ghent

Sześciodniówki to zawody torowe, które jak sama nazwa wskazuje trwają 6 dni. Najstarsza impreza, to Sześciodniówka na belgijskim welodromie Kuipke w Ghent.

Six day Ghent event
Fot. Veloclassic.com

Pierwsza edycja miała miejsce w 1922 roku i trwała nie tylko 6 dni, ale i 6 nocy. Kolarze jeździli po 24 godziny na dobę. Na sześciodniówkach jeździ się parami, historycznie właśnie dlatego, aby jeden partner mógł odpocząć

Ok 1960 roku, ktoś poszedł po rozum do głowy i ograniczyli liczbę godzin zawodów.

Wracając do Ghent, dyrektorem sportowym przedsięwzięcia jest Patrick Sercu, belgijski kolarz, którego nazwisko widnieje na liście zwycięzców 11 razy, w tym 4 razy z rzędu.

Ponadto, tor w Ghent ma zaledwie 166,67 metrów, jest zatem sporo mniejszy od obecnie standardowych torów liczących 250 m.

Siły, które działają na kolarzy są dużo większe i o wiele trudniej jest utrzymać tor jazdy przy dużych prędkościach. Siła odśrodkowa po prostu wypycha cię na górę toru.

Zawody te mają też swoją mroczną historię, w 2006 roku, hiszpański kolarz, Isaac Galvez wypadł poza bandę i zmarł w drodze do szpitala.

Tu trochę więcej informacji w języku English

http://www.cyclingweekly.com/…/l…/guide-to-the-ghent-6-87922

Torowe Mistrzostwa Polski Masters 2017

Tegoroczne Torowe Mistrzostwa Polski dobiegły końca. Jak zwykle wyjątkowe.

Oczywiście zacznę od frekwencji kobiet. W tym roku, na zawody stawiło się sześć pań!

Niektórym wydawać się to może niewiele, ale biorąc pod uwagę, że dwa lata temu były dwie, rok temu 4, to to jest rekord. Przy tej liczbie pań już można się pościgać choć nadal wymaga to pewnego logistycznego zgrania i współpracy. Aby konkurencja mogła wystartować potrzebne są 4 zawodniczki.

Tak też uczyniłyśmy i tak, zamiast dwóch, pojechałam 5 konkurencji. Zabawa była przednia, chociaż ściganie na otwartym torze do lekkich nie należy. Wieje wiatr a na miejscami nierównym betonie trzęsie.

Najpierw eliminacje do sprintu czyli 200 metrów z lotu. W porównaniu z Pruszkowem, w Łodzi jest bardzo ciężko. Wiraż jest niski a kreska startu daleko. Zanim się do niej dotrze już można wytracić prędkość jaką się uzyskało na zjeździe ze ściany. Dla przypomnienia, w Pruszkowie kreska startu jest w samym środku wirażu, więc kiedy się na niej jest prędkość jest bardzo duża.

Na szczęście do mety było tego dnia z wiatrem.

Wystartowało 5 zawodniczek, awansowały cztery, w tym Ania Lindholm, która przyjechała późno (dzieci, te sprawy) i pierwszy raz na torze w Łodzi jechała już na starcie! To były jej pierwsze torowe zawody.

Następną konkurencją było 2000 metrów. Piekielnie ciężki start. Trwa to ok 3 minut i trzeba dobrze rozłożyć siły. Nie jest to moja specjalność, toteż kiedy skończyłam czułam w ustach metaliczny smak, który może oznaczać tylko to, że pojechałam mocno a i tak straciłam dobre 9 sekund do Beaty Łęszczak Balcerzak, która została Mistrzynią Polski.

Muszę przyznać szczerze, że mało obiektywny ze mnie dziennikarz i raczej zwracałam uwagę tylko na te elementy zawodów, które interesowały mnie najbardziej, i to też pobieżnie, bo jak się jest zawodnikiem to z jednej strony dużo się czeka i mało się jeździ, a z drugiej strony ciągle coś się dzieje. A to trzeba zrobić rozjazd, a to trzeba odpoczywać z nogami w górze. A to zjeść, a to kręcić, a to akurat jedzie kolega i się idzie kibicować.

Co też uczyniłam. Pierwszy jechał nasz trener Grzegorz Krejner, potem inni koledzy a ja biegałam z aparatem (zamiast leżeć z nogami do góry), ale atmosfera po prostu na to nie pozwala!

Kiedy panowie skończyli przyszedł czas na nasze sprinty. Moja ulubiona konkurencja ale tym razem nie było mi dane obronić tytułu. Po pięciu biegach i jednym błędem taktycznym skończyłam z brązowym medalem a Mistrzynią Polski została Karolina Woźniak. Szczecinianka, która ostro działa na tamtejszym welodromie. Już jej obiecałam, że za rok się odegram.

W sprintach mężczyzn działo się dużo. Czołówka to w większości przypadków dawni zawodnicy. Prawdziwe maszyny do ścigania. Było na co popatrzeć, ale najfajniejsze było to, że w przeciwieństwie do zawodów, które się ogląda z trybun, teraz zawodnicy zjeżdżali do boksów obok i można było z nimi porozmawiać! Z resztą, po trzech latach, ja się tu czuję prawie jak u rodzinki na imieninach. (Podobnie, nie wszystkich kojarzę).

Pierwszy dzień tradycyjnie zamykał się scratchem. W zeszłym roku po szalonej samotnej jeździe po wzniesieniach toru (w poszukiwaniu gór – jak to określili komentatorzy) udało mi się wygrać ten wyścig. W tym roku podobna była tylko szalona jazda. Omijałam góry, ale do kreski dojechałam ostatnia. Mistrzynią Polski została moja koleżanka Ania Lindholm Jarząbek.

Wyścig panów był niesamowity. Szalone ucieczki, pogonie, bomby i chyba dubel. Chyba, bo serio, nie pamiętam. Byłam tam, biegałam i krzyczałam, robiłam zdjęcia ale emocji było tak wiele, że nijak nie potrafię sobie przypomnieć przebiegu zdarzeń.

Niestety, kolarstwo torowe, jak z resztą każdy sport, niesie za sobą trochę ryzyka i nie obyło się bez kraks, które dodają wrażeń. Na szczęście nic poważnego, ale strachu wszyscy się najedliśmy.

Był jeszcze dzień dwa i trzy. Byłam już zmęczona i wszyscy też byli trochę zmęczeni, ale jest takie coś, że jak przychodzi twoja kolej jechać, to jakoś tak energia sama się znajduje. Zwłaszcza w konkurencjach drużynowych. Bo fajnie jest po prostu. Wsiadasz na rower i nie wiesz skąd ale masz siłę kręcić. To też kręcisz. I to jest fajne.

Znów poznałam nowych ciekawych ludzi, znów miałam okazję poleżeć na świeżej, równo przystrzyżonej trawie i znów wszędzie dookoła mnie były jakieś rowery. Przepraszam, nie jakieś. Piękne, nowe i stare, karbonowe i stalowe. Stały, wisiały, leżały. Ja się dobrze czuję w takim towarzystwie. W towarzystwie rowerów i uśmiechniętych, zmęczonych ludzi.

Po oficjalne wyniki i więcej informacji zapraszam na stronę http://mptorowe.pl/ i profil Klub Sportowy „Społem”

Zdjęcia

Pierwszy sezon treningów na torze

Wczoraj odbył się ostatni trening tego sezonu. Byłam bardzo przejęta. Nie tylko sama chciałam porządnie potrenować przed zbliżającymi się Torowymi Mistrzostwami Polski Masters ale też jakoś przyzwoicie zamknąć ten niezwykle ważny dla mnie okres.

Grupa_1

Wspominam początki, kiedy mniej więcej 4 razy na dzień zmieniałam zdanie pomiędzy “uda się” a “nie uda się”. Wielki stres, postanowienia “to musi się udać!” i “to chyba nie ma sensu”.

Kiedy przyszłam na tor na pierwsze zajęcia, udając się do wypożyczalni, żeby załatwić formalności, przeszłam obok trenera w ogóle go nie zauważając. Nigdy się wcześniej nie poznaliśmy. Siedział sobie spokojnie, czekał i uśmiechał się.

Grzegorz Krejner

Ja byłam bardzo zaaferowana. Ciągle zastanawiałam się czy się spodoba? Czy nowi się nie poprzewracają? Czy trener będzie w ogóle chciał z nami pracować i czy za tydzień znów uda się uzbierać wystarczająco dużą grupę?

Po pierwszym treningu byłam jak w transie. To się naprawdę wydarzyło. Pierwsze koty za płoty.

dziewczyny

Po jakimś czasie zaczęło przychodzić trochę więcej dziewczyn, co jakiś czas ktoś się odezwał, że słyszał o takich treningach i czy mógłby dołączyć. Ktoś kogoś polecił.

Mieliśmy nawet przyjemność gościć w roli trenera Mistrza Polski Kamila Kuczyńskiego.

Kamil Kuczyński Kamil Kuczyński

Ale esencją treningów, były same treningi. Bardzo dużo jeżdżenia, właściwie podczas półtorej godziny, z roweru schodziło się tylko na chwilę, żeby się czegoś napić.

grupa

Nie spodziewałam się, że jeździć w kółko można na tak wiele sposobów! Przyspieszenia, zmiany, jazda pod bandą, jazda dołem. Indywidualnie i w drużynie. I moja ulubiona – jazda za motocyklem.

Jeszcze nigdy w życiu nie trenowałam tak dobrze się bawiąc. Właściwie, ja w ogóle nie czuję, żebym trenowała.

motor 1

Zrobiłam małe podsumowanie i tak: Odbyły się 24 treningi, przez które przewinęło się ponad 60 osób. W tym ponad 20 osób stawiało na torze swoje pierwsze kroki. Parę osób nigdy nie wróciło, a kilkoro nie opuściło prawie żadnego treningu. Byli amatorzy, tacy jak ja, ale przyjeżdżali też byli zawodowcy, a może i przyszli zawodowcy?

motor 2

Jeśli przyjąć, że na każdym treningu robiliśmy po 25 kilometrów, to razem zrobiliśmy ich ponad 11 tysięcy!

Leszek Traczyk

Ale tor, to nie tylko waty i kilometry. To ludzie i atmosfera, jaka tu panuje. Tu wszyscy są blisko. Jak jeden drugiemu przez przypadek zajedzie drogę, to nie ma mowy o awanturach, muszą się w końcu pogodzić, bo przecież żaden nie odjedzie obrażony w siną dal. Tu jak potrzebujesz pomocy, to po prostu o nią prosisz. Początkujący mogą podpatrzeć jak jeżdżą starzy wyjadacze, a ci mogą podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Albo przynajmniej pokazać swoje rowery.

Maciej Sikora

Ten sezon już się skończył, jakoś będę musiała zagospodarować środowe wieczory. Ale ja już zaczynam myśleć o październiku, kiedy to znów się spotkamy na pierwszym treningu sezonu torowego 2017/2018.

Korzystając z okazji, chciałabym wymienić kilka osób.

Chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy uczestniczyli w tych treningach. Bez Was by ich po prostu nie było. Panu Jurkowi Brodawce, który oprócz bezbłędnego przygotowania rowerów, zawsze na czas i zawsze gotowy do zareagowania na nieprzewidziane okoliczności, był dla mnie ogromnym wsparciem i ostoją spokoju w tym całym przedsięwzięciu, Adamowi Ważnemu i Piotrkowi Jankowskiemu za wysłuchiwanie o moich zmartwieniach i pomysłach w kółko i na okrągło, ale przede wszystkim, Trenerowi Grzegorzowi Krejnerowi, którego zaangażowanie, pasja i doświadczenie sprawiły, że te treningi były tym, czy były.

Trening torowy za motocyklem

Jeśli miałabym wybrać konkurencję, w której mogłabym się ścigać na okrągło, byłby to wyścig za motocyklem.

To niesamowite uczucie, kiedy wszystko na około znika a ja chowam się za szerokimi plecami dernisty i jadę kilka centymetrów za maszyną. Pierwsze pięć rund jest względnie spokojne. Potem kierowca daje znak. Kolejne pięć będzie coraz szybsze. Motor przyspiesza łagodnie, bez szarpania. Cztery. Koncentruję się, żeby jechać jak najbliżej i jak najprościej. Nie mogę choćby na chwilę wyjść z tunelu aerodynamicznego jaki daje motocykl. Wiraż, i jeszcze trzy rundy. Nogi pracują jak tłoki. Góra, dół, coraz szybciej. Oddech głęboki ale miarowy. Trzymam sie blisko i pochylam nad kierownicą. Dwie. Zastnawiam się ile jeszcze wytrzymam aczkolwiek wciąż dobrze mi się jedzie. Wiraż. Motor kładzie się prawie poziomo, a ja za nim. Ja lecę!
Coraz trudniej utrzymać właściwy tor jazdy. Ostatnia runda. Nogi pracują jak szalone, oddech sięga samego dna płuc. Cała moja koncentracja jest na kole. Jest! Udało mi się. Całe dziesięć rund i nie strzeliłam. Widzę w lusterku jak dernista się uśmiecha. W nagrodę dostaję dodatkową rundę bonusową. Motor przyspiesza. Chwilę się jeszcze trzymam ale już nie daję rady. Powoli się prostuję i szukam ściany, żeby wytracić prędkość. Jeśli długo będę kręcić z tą kadencją zaraz wyfrunę z roweru. Jestem bardzo ujechana ale szczęśliwa.
Trenerze! To ile jechałam?
Okazało się, że pomiędzy 55 a 60 km/h.