Mistrzostwa Świata Masters 2019 – Dzień 1

Pierwszy dzień torowych mistrzostwa świata mastersów już za nami. Wystartowało 6 Polaków, i jedna (niniejszym) nie wystartowała gdyż na start się spóźniła.

Nie ma tego złego, zamiast 2 kilometrów pojedzie wyścig punktowy.

Co by nie było, zawody toczyły się dalej i dla polskiej reprezentacji były bardzo udane, gdyż na tych 6 startujących, Polacy skończyli pierwszy dzień z trzema medalami i pobitym rekordem świata!

Ale sport to nie tylko cyfry i wyniki, to przede wszystkim ludzie i emocje. W dzisiejszym, cyfrowym świecie, zabieganym i pełnym obowiązków, rzadko jest okazja, żeby zwyczajnie pobyć ze sobą, najeść się prawdziwego stresu, takiego do motyli w brzuchu, przeżyć ogromny fizyczny wysiłek albo przeżywać start bliskiej osoby. Rzadko ostatnio zwyczajnie nudzimy się razem. To wszystko jest tak prawdziwe, że wybuchy radości i łzy smutku (albo wzruszenia), tak rzadko przecież spotykane na codzień, są tu na porządku dziennym.

Rafał Radziej przygotowuje się do startu

Na torze możemy siedzieć cały dzień, Rafał Radziej wyliczył „dzisiaj jesteśmy tu już czternastą godzinę, ale co? W hotelu mam siedzieć?”. I ja się z nim w pełni zgadzam, no bo czy Manchester rzeczywiście może być ciekawszy niż start przyjaciół?

Dorota Rajska i Adrian Świderski, dzisiaj nie pocieszeni

Bywały też trudne chwile, na przykład kiedy w drodze na tor otrzymałam telefon, że startuję za 20 minut. Nie miałam szans dotrzeć na czas. W tramwaju wyciągnęłam strój, i najspokojniej jak mogłam przypięłam numery, założyłam pulsometr. Zadzwoniłam do Krzysia Wolskiego, czy mógłby mi dopompować koła – mógł.
Przejęłam się, że dopiero co zjadłam i jeśli teraz pojadę, to zwymiotuję. Z przystanku biegłam, przebrałam się w 30 sekund i kiedy wbiegłam na płytę, moje nazwisko właśnie widniało na telebimie, że przegrałam walkowever.
Pytałam sędziów czy nie dałoby się jeszcze czegoś zrobić, wszak moja konkurencja nadal trwała. Niestety, tu wszystko jest dopięte na ostatni guzik, nie mogą sobie pozwolić na przesuwanie, bo im się cały plan rozwali. Rozumiem to, ale i tak nie mogłam sie powstrzymać od lez. A potem popłakały się ze mną koleżanki i jakoś tak już mi było raźniej. Trzeba się wspierać na wzajem, co nie?

Adrian Świderski, który jako pierwszy wystartował w biegu na kilometr również dostarczył nam wiele emocji osiągając najlepszy czas i utrzymując to pierwsze miejsce przez kolejne biegi. Niestety, nie udało się i ostatecznie Adrian zajął 7 miejsce. Ciężko takie rzeczy znieść, bo w ubiegłym roku Adi wrócił z medalem i wiem jak ciężko pracował, wszyscy wiemy.

Adrian Świderski i Grzegorz Krejner chwila po starcie.

Kamil Kuczyński, ładnie kiedyś powiedział „Czasami dajesz z siebie wszystko i wygrywasz, a czasami dajesz z siebie wszystko i nie wygrywasz. Takie jest kolarstwo”.
Ano, takie jest. Z kolei Rafał Radziej był niezwykle zaskoczony swoim trzecim miejscem, a okrzyki radości dochodzące w polskiego boksu zwróciły uwagę kilku sąsiadujących z nami nacji.

Reakcja Rafała Radzieja na wieść, że ma medal. 🙂

Po biegach obu panów, trochę wrażeń jeszcze dostarczył nam Marek Skórski, który najpierw zakwalifikował się na drugiej pozycji do sprintów, a potem wygrał trzy kolejne pojedynki. Dzisiaj finały.

Marek Skórski walczy w sprintach.

Dzień zakończył się grubo po 23:00. Ania Rząsowska i Ewa Bańkowska, obie zakwalifikowały się do finału wyścigu indywidualnego na 2 kilometry. Ewa, bijąc w eliminacjach rekord świata, walczyła o złoty medal. Ania nie była w tak komfortowej sytuacji, ponieważ walczyła o brąz, w dodatku z zawodniczką, która w eliminacjach pojechała o 2 sekundy szybciej. 2 sekundy, to jest jakieś… 10 metrów? W skrócie – przepaść. Jaką trzeba mieć mocną głowę, żeby stanąć na starcie z taką zawodniczką i się nie poddać? Rywalka przez pierwszy kilometr prowadziła, ale potem Ania wyszła na prowadzenie i ostatecznie to ona wygrała z przewagą prawie dwóch sekund! Radość jaka zapanowała jest nie do opisania, bo kto zna Anię, wie ile pracy i jaką drogę przeszła od zeszłego roku, kiedy właściwie zaczynała swoją przygodę z kolarstwem torowym.

Ania Rząsowska, bieg eliminacyjny.


Po Ani pojechała Ewa. Cóż, Ewa weszła przebojem do kolarstwa zgarniając kolejne koszulki mistrzyni świata na szosie, więc może tylko ona nie miała pewności, że wygra. Ja natomiast nie miałam wątpliwości.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że wyścigi odbyły się ze sporym opóźnieniem. Kilka konkurencji zostało przesuniętych, zamiast dekoracji był scratch. Ciężko w takich okolicznościach odpowiednio się przygotować z rozgrzewką. Dziewczyny ostatnią (chyba) godzinę spędziły kręcąc na trenażerach. Nie wiem kiedy ostatni raz coś jadły.

Ania Rząsowska i Ewa Bańkowska, od dobrej godziny na trenażerach.

Co by się nie działo, teraz już było po wszystkim, zwłaszcza, że Ewa pobiła swój własny rekord świata, który osiągnęła w kwalifikacjach, co oczywiście zagwarantowało jej zaproszenie do kontroli antydopingowej, z której wyszła po północy.

Emocji podczas dekoracji było wiele, bo nie codzinnie się zdarzają dwie polskie flagi i Mazurek Dąbrowskiego na jakichkolwiek międzynarodowych zawodach.

Dwie polskie flagi podczas dekoracji wyścigu pań na 2 km.

Tego dnia startowała jeszcze Małogorzata Howis, która 2 kilometry jechała po raz pierwszy.

Wyniki z pierwszego dnia:

Ewa Bańkowska, 2 km; 2:25.363; śr.: 49,531 km/h;
Anna Rząsowska, 2 km; 2:31.735; śr.: 47.451 km;h;
http://www.cyclingmasters.com/site/results/156-f35-39-pursuit-final-result-2019

Film ze startu dziewczyn: https://youtu.be/GzbOc143x5M?t=12561

Małgorzata Howis, 2 km; 3:06.628 http://www.cyclingmasters.com/site/results/141-f45-49-pursuit-qualifying-result-2019

Rafał Radziej, 1 km; 1:05.738;
Adrian Świderski, 1 km; 1:06.363
http://www.cyclingmasters.com/site/results/146-m35-39-time-trial-final-result-2019

Marek Skórski, 200 m. 11.015 http://www.cyclingmasters.com/site/results/135-m50-54-sprint-qualifying-round-result-2019

Rafał Radziej, chwilę po biegu.
Ania Rząsowska
Trzeba sobie pomagać, Adam Ważny i Rafał Radziej
Adrian Świderski, 1 km
Adrian Świderski
Adrian po biegu, wciąż na pozycji lidera
Dorota Rajska, jedyne wejście na tor podczas rozgrzewki
Głowa niżej! Powiedziałby Trener, Kamil Kuczyński
Patricia Baker, Mistrzyni Świata na 2 km w kategorii kobiety 75+
Ewa Bańkowska w oczekiwaniu na pierwszy start
Trenerzy Ewy, Wiesław Raczyński i Jan Zugaj
Ewa
Trener Grzegorz Krejer
Ania Rząsowska w oczekiwaniu na start z trenerami Grzegorzem Krejnerem i Leszkiem Sobieszkiem
Ania
Ania rozpoczyna, Ewa Kończy
Rafał Radziej chwilę po biegu z nieocenioną pomocą Moniki
Ewa Bańkowska i Jan Zugaj w oczekiwaniu.
Michał Ładosz, na rolce, w jeasnach, bez trzymanki.
Rafał Radziej czeka na dekorację
Medal należy się też najbliższym, Rafał i Monika
Brązowy medal Rafała
Fajny rower w polskim boksie
Ania Rząsowska, czeka na bieg o brąz
Ania, start finałowy
Ania
Ewa, bieg finałowy
Drugi rekord świata tego dnia. Ewa pobiła swój własny
Trener Wiesław Raczyński w akcji
Ewa chwilę po biegu
Ania i Ewa już po biegach
Dekoracja pań
Ewa Bańkowska, Jenninfer George, Anna Rząsowska i Mazurek Dąbrowskiego w tle…

W zasadzie to ile ja jechałam?

Jazda na torze, jest świetna taka jaka jest w swej prostocie. Jedziesz tak szybko jak możesz, tak długo jak możesz i to w sumie wystarcza.

Ale fajnie rozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Dzisiaj trochę torowej matematyki aby zrozumieć jak się mają prędkości do kadencji i przełożeń. A nie, moment. W torówkach nie ma przełożeń.

W torówce jest obrót.

Co to jest obrót?

Obrót, to stosunek liczby zębów na zębatce (z przodu) do liczby zębów na koronce (z tyłu).

Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację:

Zębatka: 10 zębów
Koronka: 10 zębów
Obwód koła: 1 metr

Jeśli obrócę korbą 1 raz, to koronka, a co za tym idzie – tyle koło – również obróci się 1 raz. Jeśli obwód koła wynosi 1, jednym obrotem korby pokonam odległość 1 metra.

Jako, że tor ma 250 metrów, muszę pedałować 250 razy, żeby pokonać jedno okrążenie. (1 obrót na jedną nogę!).

Co więcej, jeśli jadę z kadencją 25 obrotów na minutę (rpm), przejechanie rundy zajmie mi 10 minut.

Proste, prawda?

No to teraz bardziej prawdziwy przykład:

Obecnie jeżdżę na zębatce 51 i koronce 14 a mój obwód koła to 2110 mm, czyli 2,11 m.

Zatem:

Czyli na rażdy obrót korby, tylne koło obróci się 3,64 razy.

Skoro obwód koła wynosi 2,11m. mamy:

Zatem, za każdym razem jak obrócę pedałami, pokonuję 7,68 m.

Skoro tor ma 250 m. aby go pokonać, liczymy:

Zaokrąglając wychodzi, że muszę wykonać 33 obroty korbą.

Jeśli będę jechała z kadencją 33 rpm, pokonam rundę w 1 minutę. To oczywiście mnie nie zadowala, gdyż są tacy co w minutę pokonują 4 rundy.

Jadąc z dwa razy szybszą kadencją pokonam rundę w 30 sekund. To nadal słabo, gdyż chcę jeździć 20 sekund na rundę.

A zatem: więc

Abym osiągnęła swój cel, muszę przejechać całą rundę z kadencją 99 rpm.

Ale jaka to będzie prędkość?

Ile to będzie 250 metrów w kilometrach?

A ile to będzie 20 sekund w godzinach?

Wychodzi więc, że 20 sekund to 1/180 godziny, a więc przy obrocie 51/14, jadąc w kadencji 99 obrotów na minutę pokonam rundę w 20 sekund i osiągnę prędkość 45 km/h.

Fajne, prawda?

Albo po prostu wprowadzić te wszystkie dane do kalkulatora https://www.bikecalc.com/fixed

Jak nie nudzić się na torze kolarskim?

Jeśli byliście już choć raz na torze i czujecie się tam swobodnie i nawet lubicie jeździć w kółko, nadal możecie poczuć, że czegoś Wam brakuje. Na przykład urozmaicenia.

Oto kilka propozycji ćwiczeń.

1. Jazda na kole

Nigdy dość ćwiczyć jazdy na kole. Możesz być początkującym albo bardzo zaawansowanym. Ćwiczenie różni się jedynie odległością od jadącego przed tobą. Wypatrz kogoś, za kim mógłbyś jechać i rób to. Więcej o tym jak jechać na kole znajdziecie we wpisie [Technika] Jazda na kole po torze.

Tak naprawdę, to nikt nie może ci zabronić jechać mu na kole, ale może cię o to poprosić. Tor to mała przestrzeń, szanujmy się.

2. Jazda prosto po torze

Jeśli nie ma za kim pojechać, albo obecni jadą w tempie, które ci nie odpowiada, zawsze możesz skorzystać z jednej z trzech wymaloanych linii i starać się jechać po niej. Więcej pisałam o tym w [Technika] Jazda prosto po torze. Jeśli jazda prosto okaże się za dużym wyzwaniem, na początek możesz postarać sie trzymać w korytarzu sprinterskim, czyli pomiędzy czarną a czerwoną linią.

Pamiętaj! Zasadniczo, nie należy wyprzedzać dołem, zasadniczo, ponieważ istnieją od tej reguły wyjątki, ale dopóki nie poznasz ich wszystkich, lepiej wyprzedzać górą, czyli po prawej.

3. Na stojaka w wirażach

Kolejnym ćwiczeniem, które można bez większych problemów wykonać na torze, to jazda na stojąco. Zbliżając się do wiraża, wstań w korbach i w ten sposób pokonaj wiraż. Nie tylko wzmocnisz mięśnie nóg, nabędziesz również obycia z torem. Już po kilku próbach zacznie ci wychodzić.

Uwaga natomiast, to ćwiczenie najlepiej robić nie mają koło siebie innych kolarzy, bo: 1) wstajac w korbach, na moment zatrzymujesz swój rower. Jeśli ktoś jedzie tuż za tobą, w wyniku tej zmiany rytmu, może w ciebie wjechać; 2) jadąc na stojąco mocniej depczesz w pedały a więc jedziesz szybciej, możesz wjechać w jadącego przed tobą.

4. Jazda pod bandą

Jazda pod bandą jest zawsze ciekawa, pozwala zrobić trening siłowy, dostarcza wrażeń z samego faktu, że jest się wysoko, blisko bandy, nad reklamami… możn wymieniać bez końca.

Uwagi dwie: 1) aby jechać pod bandą, musisz utrzymać odpowiednią prędkość, żeby się nie zsunąć, a więc nie wjeżdżaj tam, jeśli twoja kondycja ci na to nie pozwala; 2) pod bandą wyprzedza się dołem (wszak górą nie ma gdzie);

5. Jazda po zmianach, czyli drużynowa

Jazda na torze tak naprawdę zaczyna się po zmianach. Wszystko co wiem o jeździe po zmianach spisałam już dawno w [Technika] Dawanie zmian na torze. Jest to bardzo przyjemne ćwiczenie i jeśli zrobisz je dobrze, zyskasz sobie nowych przyjaciół, bo nie można nie lubić kogoś, kto ładnie jeździ po zmianach.


A jeśli kompletnie nie czujesz, że sam podołasz, polecam zajęcia z trenerem. Już on zapewni, że na torze nie będziesz się nudził!


Pamiętajcie: Jeżdżac na torze, podobnie jak gdy prowadzisz samochód, jesteś odpowiedzialny za siebie i wszystkich dookoła. Przede wszystkim dbaj o zasady bezpieczeństwa!

ps. Tekst jest napisany w formie męskoosobowej, jednak nie jest bynajmniej skierowany wyłączonie do mężczyzn. Panie na torze radzą sobie doskonale, o czym możecie się przekonać z relacji z Dzień Kobiet na TorzeDzień Kobiet na Torze II. Kobiety na tory!

Życie vs. Grand Prix

W sporcie jak i w życiu. Czasami idzie, a czasami plany idą sobie… gdzieś.

To miał być mój weekend na torze, zaplanowany co do minuty. Od 10:00 do 22:00 czas zarezerwowany na kibicowanie.

Pierwszy dzień pokrzyżowały mi obowiązki służbowe, ale dzielnie prześledziłam transmisję on-line razem z innymi circa sześdziesięcioma widzami. Komentarz Grzegorza Drejgiera, pełen emocji, kłócił się z pustymi trybunami, ale był wszak piątkowy poranek. Wszyscy byli w pracy.

I nie myliłam się, w sobotę po południu, kiedy wreszcie udało mi się dotrzć do Pruszkowa, na trybunach byli kibice! I nie mówię o rodzinach zawodników. Była tam dobra setka osób i było głośno! Byliśmy świadkami wspaniałej walki Darii Pikulik, która została sama z trzeba Brytyjkami w wyścigu autralijskim, czyli eliminacyjnym i ukończyła na trzecim miejscu. Albo zmagania Bartosza Rudyka, Filipa Prokopyszyna i Daniela Staniszewskiego w omnium. Również Karolina Karasiewicz, Łucja Pietrzak i Nikol Płosaj pokazały, że są, i mają w peletonie wiele do powiedzenia. Ula Łoś walczyła w keirinie a wisienką na torcie był złoty medal Mateusza Rudyka. Działo się o wiele więcej, i na pewno jakiś bardziej sumienny portal o tym napisze.

Sobotnim porankiem byłam kibicem na meczu własnego potomka, jednym okiem oglądając transmisję, a już popołudniu krzyczałam ile sił z trybun welodromu. Nic nie zapowiadało, że jutro miałoby się coś zmienić.

A jednak.

Rano, czyli o 12:34 miałam do odebrania bardzo ważną przesyłkę konduktorską, mianowicie jechały do mnie plakaty promujące zawody dla amatorów organizowane przez Wrocławski Welodrom Grundmanna. Pociąg się spóźnił, ale już o 13:14 dzierżyłam w ręku paczkę. Na torze byłam już o 14:00. W sam raz na przerwę.

Ale nie ma tego złego, przerwa to doskonały czas aby popatrzeć na zawodników „od kuchni” i tak o mało co nie rozjechałam mistrza świata, Maksymiliana Levy’ego, który akurat opalał się na parkingu.

Godzina minęła jak z bicza strzelił i Ula Łoś rozpoczęła półfinały sprintów damskich. Potem był keiring mężczyzn i wtedy otrzymałam telefon. „Mamo? Bo… no… guza mam. To znaczy zderzyliśmy się z takim chłopakiem głowami i teraz mam spuchnięte oko. No… nie mogę go otworzyć. To co mam robić?”

Tak więc resztę imprezy Grand Prix oglądałam już tylko on-line, z korytarza szpitala, po cichu i tylko wtedy kiedy nie patrzył lekarz. Nawet nie do końca bo kiedy się potomkowi wyczerpała bateria to możecie się domyślić gdzie powędrował mój telefon.

No i teraz zostałam z tymi pięćdziesięcioma plakatami i tyleż samo naklejkami promującymi zawody 30 listopada – 1 grudnia i szukam chętnych, którzy pomogą je rozdysponować po okolicach Pruszkowa celem propagowania wspaniałej dyscypliny, jaką jest kolarstwo torowe.

Chętnych do pomocy zapraszam do kontaktu!

Wyniki z zawodów: https://www.pzkol.pl/kalendarz/795,grand-prix-poland.html?fbclid=IwAR1Pn54azAIqJ5qZBVG9S4TpifsW-WrS_o8zFXuKH8fAVHTfUn0siakFcwc

ps. syn ma się dobrze i już za dwa tygodnie będzie mógł otworzyć lewe oko.

Dzień Kobiet na Torze II

Kto powiedział, że Dzień Kobiet ma być tylko i wyłącznie 8. marca?

Z Mateuszem Rudykiem, brązowym medalistą Mistrzostw Świata. Fot. Marek Kwasowski

13 kwietnia, 2019 roku o godzinie 13:00 na pruszkowskim welodromie po raz drugi odbył się trening torowy wyłącznie dla kobiet.

Wstęp Fot. Marek Kwasowski

Dlaczego to jest ważne?

Ano dlatego, że kobiet w kolarstwie torowym jest niewiele, a to wspaniały sport i tak sobie pomyślałam, że fajnie byłoby aby więcej dziewczyn go uprawiało.

Fot. Marek Kwasowski

Kobiece kolarstwo jest inne niż męskie. Jest spokojniejsze, mniej agresywne. Po prostu mniej w nim testosteronu. Owszem, może czasami jest sporo zamieszania, pytań w stylu “ale o co chodzi?” i bardzo, ale to bardzo dużo śmiechu. Ale jest też więcej słuchania poleceń i porządek. A jak się słucha polecenia to szybciej się czyni postępy. A to cieszy wszystkich.

Z dwudziestu kobiet, które przyszły na trening, 11 było na torze po raz pierwszy. A kilka po raz drugi, gdzie po raz pierwszy było rok temu podczas pierwszej edycji Dnia Kobiet na Torze!

Trening przygotowała i poprowadziła Aleksandra Strazińska. Fanom kolarstwa torowego bliżej znana jako Aleksandra Drejgier. Wielokrotna Mistrzyni Polski, Mistrzyni i Vicemistrzyni Europy oraz Vicemistrzyni Świata.

Był wstęp o budowie toru i zasadach tam panujących, zapoznanie się z ostrym kołem i w końcu wyczekana jazda. Dziewczyny bardziej zaawansowane jeździły wyżej, a te, które dopiero zaczynały, pierwsze kółka kręciły po trotuarku.

Ja, debiutowałam w roli asystentki trenera.

Bardzo szybko okazało się, że z tymi początkującymi trzeba coś zrobić bo na trotuarku zaczynały się dziać wyścigi. Po krótkiej przerwie, dla bardziej zaawansowanych uczestniczek była jazda drużynowa, a osoby początkujące trenowały technikę jeżdżąc pomiędzy pachołkami.

Po jeździe drużynowej wszyscy wrócili na tor. Początkujące dziewczyny próbowały wjeżdżać na strome ściany wiraży, te bardziej obyte z torem trenowały jazdę na kole i dawanie zmian. Kilka pań debiutowało pod bandą. Po coraz szerszych uśmiechach na twarzy, można śmiało stwierdzić, że każda jedna odniosła swój osobisty sukces Co chwilę słychać było okrzyki tryumfu “Udao się! Nie spadłam!” (co oznaczało: “przejechałam cały wiraż i nie zjechałam na trotuarek”).

Fot. Marek Kwasowski

Oczywiście, nie obyło się bez drobnych pomyłek. W trakcie treningu okazało się, że Pani Trener kazała dziewczynom jechać po niebieskiej linii, a Asystentka Trenerki (czyli niniejszym) – po czarnej. Kompromisem uznałyśmy, że jak jadą obok Oli, to po niebieskiej a obok mnie – po czarnej.

Na sam koniec treningu, na tor wjechał tandem!  “Tokyo Express” bo tak się nazywa, to najbardziej różowy tandem świata. Ten rower też ma piękną historię, którę opowiem innym razem, ale można trochę naciągnąć fakty i powiedzieć, że sięga ona pierwszej edycji Dnia Kobiet na Torze.

Fot. Marek Kwasowski

Po dwóch godzinach, zmęczone ale szczęśliwe mogłyśmy usiąść, wymienić się wrażeniami, rozlosować nagrody, zjeść pyszną bezę i zapozować do zdjęć.

Fot. Marek Kwasowski

Wracając jeszcze do kolarstwa kobiecego.

Kobiece kolarstwo jest owiane wieloma mitami. Że muszą być zdjęcia, że więcej gadania niż jeżdżenia, że rewia mody. I pragnę powiedzieć, że to wszystko prawda! Ale nie cała prawda. Owszem, uwielbiamy zdjęcia, jak wielu kolarzy i jak najbardziej lubimy dobrze wyglądać na rowerze – jak wielu kolarzy. Gadamy i śmiejemy się. Piszczymy i jak się nie uda i jak się uda i nawet mamy ciastka na treningu. Ale też poważnie podchodzimy do naszych zadań, po niepowodzeniach podnosimy się i próbujemy jeszcze raz, szanujemy się nawzajem i naprawdę potrafimy dać sobie w kość. Nie było ani jednej pani, która nie wjechałaby na strome ściany wiraży, ale to nie udawało się przez wiele pierwszych prób. Było kilka niegroźnych upadków. Były nowe osoby, które nie potrafiły jechać prosto ani idealnie – a jednak nikt nie miał do nich pretensji. I w końcu wszyscy mieli naprawdę solidny trening.

Ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że było warto i choć przyszło mniej osób niż w ubiegłym roku to uważam imprezę za bardzo udaną.

Po pierwsze, wiele dziewczyn wróciło i przyszło 11 nowych! Przyszły też dziewczyny, które na torze jeżdżą regularnie, a jednak uznały, że trening tylko dla pań jest wyjątkowy.

Fot. Marek Kwasowski

Po drugie, organizacja takiego wydarzenia nie byłaby możliwa gdyby nie wsparcie osób trzecich. Stąd moje ogromne, ogromne podziękowania dla wszystkich, którzy pomogli:

Pan Jerzy Brodawka – właściciel wypożyczalni “Ostre Koło” i sklepu “JB Rowery”, który przygotował i bezpłatnie użyczył rowerów. Rzadko, który trening na torze jest tak zrównoważony pod względem wzrostu, więc trzeba było przygotować zupełnie inny zestaw rowerów, a potem wszystko poprzekręcać z powrotem. Ogrom pracy.

Swoja Mąka – firma prowadzona przez Maćka i Hanię, którzy przygotowali przepiękne paczki płatków i kasz dla każdej uczestniczki! http://swoja-maka.pl/

Kawa dla Kolarzy – bez której impreza kolarska jest jakaś taka nie tego, przygotowała kilka paczek kawy w prezencie https://topowykolarz.pl/

Mateusz Wyszyński – Fizjoterapeuta, który podarował dwa vouchery na wizytę u fizjoterapeuty https://www.facebook.com/fizjoterapeuta.wyszynski/

Adam Sejdak – Stomatolog (i kolarz torowy), który podarował voucher do swojej kliniki www.sejdak.pl

Firma GFI – która podarowała chusty typu “buff”. https://gfieast.com/pl/

Bezy upiekła Małgosia Berezowska a zdjecia robił pan Marek Kwasowski https://www.facebook.com/Marek-Kwasowski-Photography-1020124048160016/

Oraz wszystkie osoby prywatne: Antonina Kłudkiewicz, Paweł Nowakowski, Teresa Osińska (moja mama ;)), Michał Marciniak, Maciej Skalski, Marta Piechota, Maciej Świt, Agnieszka Troińska, Marcin Gruca, Aleksandra Turek, Patryk Mazurek, Tomasz Kowalik, Mateusz Wyszyński, Marek Pokorski, Danusia Miczek, Maciek Zdoński, Grzegorz Turkiewicz, Leszek Traczyk, Stanisław Bogdański, Adam Ważny, Tomasz i Monika Groń, Monika Skóra

A ja? Ja bardzo Wam dziękuję. Dziękuję za pomoc i za zaufanie i przede wszystkim za wiarę, że to ma sens. Musicie wiedzieć, że godzinę po tym, jak założyłam projekt na PolakPotrafi.pl kompletnie w niego zwątpiłam. Siedziałam i martwiłam się, że to przecież bez sensu, że kto chciałby dać pieniądze na jakieś kolarstwo torowe, że tylko się ośmieszę i jak zwykle narobię szumu. Kwota, którą udało mi się zebrać przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Dziękuję.

Dziękuję też Oli, która zdecydowała się poprowadzić ten trening. To nie była dla niej łatwa decyzja. Ola zakończyła swoją karierę 10 lat temu. Miała obawy a ja bardzo się bałam czy nie rozgrzebuję jakiejś niedokończonej przeszłości. Wiecie co mi napisała na koniec? “Ja się dobrze zastanowię co z kolarstwem w mojej osobie…” Sztos.

W ubiegłym roku, wspierał nas Grzegorz Krejner, trener naszych regularnych treningów, ale tym razem nie mógł. Przeszło mi przez myśl czy same, we dwie damy radę. Dałyśmy i to z nawiązką a pomoc Oli, która przed i po wcieleniu się w rolę Pani Trener, targała ze mną krzesła i stoły i sprzątała okruszki ze stołu. Olu, dziękuję Ci. Jesteś wielka!

I oczywiście, wielkie dzięki dla wszystkich pań, które przyszły. Bo to właśnie dla Was!

Wszystkie zdjęcia Marek Kwasowski

Aleksandra Strazińska – czyli Drejgier

Ola Drejgier, a teraz Aleksandra Strazińska, mama półrocznej córeczki, była dla mnie zawsze tajemniczą postacią na torze. Kiedy zaczęłąm interesować się kolarstwem torowym, jej nazwisko pojawiało się wszędzie, tylko nie wśród startujących. Pomimo, że kibicowałam wiele razy na torze nigdy nie miałam okazji zobaczyć jak się ściga. Nie wiedziałam wówczas, że Ola nie startowała już od sześciu lat.


Swego czasu w Polsce była bezkonkurencyjna. W Mistrzostwach Polski elity startowała tylko 3 razy, 6 razy sięgając po złoto. Raz srebro i raz brąz. Wówczas była jeszcze juniorką. Razem ze swoją partnerką Kornelią Mączką zdobyły Vice Mistrzostwo Świata i Mistrzostwo Europy. Rok później Vice Mistrzostwo Europy z Dominiką Żukowską w juniorach.

Kornelia Mączka i Aleksandra Drejgier podczas Mistrzostw Europy Juniorów 2008

Była najmłodszą uczestniczką (a nawet uczestnikiem) Mistrzostw Świata elity 2009 roku, które odbyły się w Pruszkowie. Nie miała jeszcze osiemnastu lat.

Jej domeną był sprint, ale ma też medal w scratchu i brązowy medal w jeździe indywidualnej na czas na szosie.

Ścigała się w sumie 6 lat, w 2010 roku zamieniła kolarstwo na studia.

 

 

I teraz zgodziła się wrócić na tor aby poprowadzić trening wyłącznie dla pań!

Mistrzostwa Świata w Kolarstwie Torowym 2019 dzień 3

Hasłami dzisiejszego dnia są: Wojtek Pszczolarski i Wyścig Punktowy  (to jest jedno hasło) oraz Wai Sze Lee i sprinty kobiet.

Kto mnie zna, ten wie, że wyścig punktowy jest moją ulubioną konkurencją do oglądania. Jest długi, a więc zabawy jest więcej, jest emocjonujący, bo finiszów jest 16, ale za to w odpowiednich odstępach czasowych, aby móc się połapać o co chodzi. Ponadto daje zawodnikom dużo możliwości inwencji własnej stąd też liczne ucieczki i próby – dzisiaj niezwykle skuteczne – nadrobienia okrążeń.

Dzisiejszy był jednym z lepszych dlatego, że Wojtek zrobił na torze prawdziwe show. Bardzo chciał ten medal. Najpierw zabrał się w odjazd z Nowozelandczykiem. Kiedy byli mniej więcej w połowie drogi, Holender i Belg (Van Schip i De Ketele – przez angielskiego komentatora wymawiany “De Ketl, czyli “czajnik”), przyspieszyli, doszli i uciekli. Zdarłam gardło, żeby pomóc Wojtkowi usiąść im na koło ale tamci byli już za daleko. W każdym razie udało mu się nadrobić to okrążenie, tak jak i połowie peletonu, więc walka trwała. Van Schip mocno rywalizował z Hiszpanem Mora Vedri. Do tego Australijczyk, Brytyjczyk. Ogólnie dużo się działo. Wojtek w międzyczasie zabrał się w drugą ucieczkę i nadrobił kolejne okrążenie. Był na jakiejś 7. pozycji razem z kilkoma innymi zawodnikami. I w pewnym momencie zaatakował ale nikt z nim nie pojechał. I wtedy nadrobił okrążenie samodzielnie! Był na trzecim miejscu ex aequo z Irlandczykiem. Został trochę z tyłu, żeby odpocząć, przesuwał się do czuba i już był całkiem blisko, niewiele zostało do końca wyścigu kiedy tamtem (ten Irlandczyk) doszedł do niego i zza pleców przejechał obok. Wojtek nie był w stanie nic zrobić. Potwornie zmęczony nie miał siły go gonić. Z taką samą ilością punktów i spuszczoną głową ukończył wyścig na czwartym miejscu. Myślałam, że serce mi pęknie jak podczas Igrzysk w Rio kiedy Van Avermaet i Fulgsang wyprzedzali Majkę. Zwycięzca miał 104 punkty. Drugi Hiszpan, 76. Irlandczyk i Polak mieli po 67. Na Mistrzostwach w 2018, zwycięzca miał 70. Drugi raptem 52.

Średnia prędkość wyniosła 55.4 km/h.

To był piękny wyścig. Przepiękny. Warto było oglądać go od początku do końca w dużym skupieniu, żeby nie przegapić ani jednej akcji, a gardło niedługo samo się wyleczy.

Ale Wojtek to profesjonalista, po wyścigu udało mi się namówić go do zdjęcia.

Drugim gwoździem programu była Wai Sze Lee. Uwielbiam tę zawodniczkę. Obserwuję ją uważnie od kilku lat i w tym sezonie jest fenomenalna. Nie można nie zauważyć podobieństwa do stylu Kristiny Vogel, która w pewnym momencie odpala rakietę i wystrzeliwuje (jest takie słowo?) na przód. Bieg o złoty medal jest jednym z piękniejszych pojedynków kobiecego sprintu. Do tego pięknie się uśmiecha, ale dopiero kiedy jest już po wszystkim.

Wai Sze Lee po wygranym finale uśmiecha się do Kristiny Vogel, komentującej zawody. Fot. Izabela Sobieszek

Oprócz Wojtka i Wai Sze dzisiaj jeszcze była Daria Pikulik w omnium, która bardzo ładnie pojechała zwłaszcza końcówkę wyścigu punktowego. Adrian Kaiser, który w pewnym momencie miał trzeci czas na 4 kilometry i czasówka na kilometr ale z jakiegoś powodu Krzysztof Maksel w niej nie wystartował.

Z ciekawostek to dwa razy zapowiedziano, że rekord świata został pobity, a potem poprawiono, że to błąd. Nawet najlepszym się zdarza.

A ja? Ja jutro nie będę już kibicować w Pruszkowie. Jakoś słabo wycelowałam z terminem i wyjeżdżam na urlop. Przynajmniej na urlop…

Bawcie się dobrze, a jeśli nie macie biletów to obejrzyjcie transmisję. Start o 18:00 w TVP Sport i Eurosporcie pierwszym.

Jutro sprinty mężczyzn, madison kobiet, 500 m. TT i wyścig na dochodzenie pań. W każdej z tych konkurencji będą polscy reprezentanci. Nie bez szans na medal.

Wyniki: http://www.tissottiming.com/2019/ctrwch/en-us/Default/

Mistrzostwa Świata w Kolarstwie Torowym 2019 dzień 2

Dziś były Mistrzostwa Świata w kolarstwie torowym. Drugi dzień.

Właśnie wróciłam z toru, jest późno ale nie zasnę dopóki się nie podzielę wszystkim co we mnie siedzi.

Dziś będzie osobiście.

Ostatnio mało się odzywałam, tak torowo. Ale nie jest mi z tego powodu głupio, a to dlatego, że mam poczucie, że wszyscy, którzy interesują się kolarstwem torowym są dobrze wyposażeni w informacje. Dzisiaj o torze mówi się w radiu, w telewizji równolegle na dwóch kanałach lecą relacje na żywo z zawodów, powstały nowe portale dedykowane wyłącznie kolarstwu torowemu. Natorze.pl i kolarstwotorowe.pl. Polecam tam zaglądać, bo wreszcie ktoś robi to porządnie.

A ja? Ja mam poczucie, że moje marzenia się spełniają. Marzyłam o tym, żeby kolarstwo torowe otrzymało więcej atencji.

Ale miało być o Mistrzostwach Świata. No właśnie. Na tych Mistrzostwach miałam być już tylko kibicem. Miałam nie robić relacji i ogólnie zająć się kibicowaniem. Ale ja tak nie potrafię. Muszę opowiedzieć, bo pęknę.

Bilety kupione były kiedy tylko się pojawiły w sprzedaży. Wówczas to czwartek był dniem nr. 1. To było tak dawno. Na środę już nie kupowałam biletów, oglądałam w telewizji jak sprinterzy i sprinterki walczyły. Ale to w ogóle nie to samo.

Prawdziwe zawody są na żywo. Jak tylko weszłam na tor humor mi się poprawił. O 14:30 nie było zbyt wielu ludzi ale i tak atmosfera była kosmiczna.

Siadam w sektorze, tuż obok mnie zawody komentuje Kristina Vogel. Piękna i uśmiechnięta. Niestrudzona po prostu. Niesamowita kobieta.

Kiedy przyszłam kobiety jechały 200 metrów z lotu. 16 pierwszych miejsc poniżej jedenastu sekund. Aby dać porównanie, to najlepsi polscy amatorzy mężczyźni zajęliby ostatnie miejsca. Dzień kończy się ćwierćfinałami do których już dostaje się sama śmietanka a to prawie dopiero początek.

Dzisiaj był też keirin, który sam w sobie jest niezwykle emocjonujący, ale jak walczy w nim Krzysztof Makse aż do półfinału to jest emocjonujący do kwadratu. Krzysiek zawsze walczy w bardzo widowiskowy sposób.

W pamięci mam obraz sprinterów, którzy… nagle przyspieszają. Tak po prostu. Jadą, jadą, jadą i … jadą szybciej. Ale nie tak powoli szybciej, tylko tak po prostu nagle szybciej. I w zupełnie niezrozumiały sposób wyprzedzają tych, co jadą szybko z przodu. I to za każdym razem jest tak samo fascynujące.  I jeszcze niesamowite jest to, że kiedy sprinter idzie pełną parą to jego rower porusza się w sposób, no taki trochę zerojedynkowy. To znaczy on przyspiesza, potem jest moment kiedy nie przyspiesza, czyli tak jakby stoi, to jest ten moment, kiedy korby są w pozycji pionowej, a potem znów jedzie, bo korby minęły oś i jest nacisk na pedał. Nie umiem tego dobrze wytłumaczyć. Kto był i oglądał ten wie co mam na myśli.

W każdym razie nie byłam w stanie oglądać ostatniej rundy keirinu bez zakrywania twarzy dłońmi co było objawem ogromnego niepokoju spowodowanego narastającym ryzykiem kraksy. Ta jednak na szczęście nie nastąpiła, ale jako, że tych biegów keirnowych było sporo, bo kwalifikacje, potem repasaże, potem kolejne awanse. To było gorąco.

Dzisiaj była też jazda drużynowa. Jazdę drużynową uwielbiam jechać, ale ogląda to się trochę nudno, aczkolwiek padł rekord świata, więc to było fajne. Cała widownia wstała i biła brawo Australijczykom, którzy pokonali Brytyjczyków. Fajnie.

Australijczycy cieszą się nowym rekordem świata na 4 km

Ale jeżeli miałabym wymienić jedną najpiękniejszą, najlepszą konkurencję tego wieczoru to był nią męski scratch. Ten od początku szedł bardzo mocno. Co chwilę próby ucieczki skutecznie kasowane przez tego samego kolarza, znanego byłego sprintera, Greka Christosa Volikakisa. Co za gość, po prostu co za gość.  Ale nie dlatego scratch był piękny. Był piękny dlatego, że grupa na torze czasami wygląda jak stado polujących drapieżnych ptaków. Co chwilę ktoś spada z góry, to ktoś go dogoni. Już wydaje się, że za chwilę się zderzą ale jakoś kolarze przenikają dosłownie jeden przez drugiego i nagle wszystko się rozjeżdża. Raz jedzie cała zwarta grupa a tu za chwilę jeden długi ogon, jak fala na wzburzonym morzu, to w górę to w dół.

Dzisiaj, 13 rund przed końcem poszła czteroosobowa ucieczka. Mieli prawie pół toru przewagi. Nie było w niej Adriana Teklińskiego i już wydawało się, że jest pozamiatane, że dojadą do końca, ale nie dojechali. Rozjechało się! To był szok, jak to? Peleton dojechał a za chwilę, podobnie jak Adrian Tekliński dwa lata temu w Hong Kongu, na 7 okrążeń przed metą zaatakował Portugalczyk Rui Oliveira. Rui lubi takie samotne ataki. Jechał bardzo mocno, na dwie rundy do końca miał jeszcze sporą przewagę, na pół Australijczyk, który godzinę wcześniej pobił rekord świata w jeździe drużynowej, dosłownie po nim przejechał. Oliveira był piąty.

Myślę, że jeszcze ciekawe było to, jak trudno jest śledzić drużynowy wyścig na dochodzenie. No bo jak patrzysz na jedną drużynę, na przykład jak oddaje zmianę, to w ogóle nie widzisz co robi ta druga i dopiero kiedy różnica jest naprawdę duża jesteś w stanie zauważyć, że tam są dwie drużyny, bo po prostu jadą bliżej siebie. A, i jeszcze to, że trener Brytyjczyków, daje im znaki dymne informując jaką drużyna ma przewagę lub stratę. Robi kroki wzdłuż toru. Nie rozpracowałam jeszcze tego systemu do końca, ale wydaje się, że  działa on tak:

Jeśli czas jest mniej więcej równy, staje przy białej kresce. Jeśli jego drużyna ma przewagę, robi krok w kierunku jazdy. Jeśli ta przewaga jest duża, robi kilka kroków (adekwatnie do przewagi). Jeśli drużyna traci, krok jest w przeciwną stronę. Do tego, te kroki robi w taki sposób, żeby zawodnicy widzieli ile ich jest! Do tego informuje czy mają przyspieszyć czy utrzymać tempo. Fascynujące.

Ufff. Jeśli wytrwaliście do tej pory to z góry przepraszam za długawy tekst. Jutro wracam na tor szukać nowych wrażeń.

Wyniki: https://www.tissottiming.com/2019/ctrwch/en-au/Default/

 

Śródtorze podczas zawodów pełne ludzi i rowerów
Kosmicznie zaopatrzone boksy Brytyjczyków

Dorota Rajska i Kristina Vogel
Kristina Vogel. Bardzo miła i uśmiechnięta

Dorota Rajska i Grzegorz Krejner
Z Grzegorzem Krejnerem, który za chwilę zacznie komentować dla Eurosportu

Kamerzysta na segway'u
Kamerzysta jeździ za zawodnikami startującymi w pojedynkach spinterskich

Kristina Vogel i Niki Degrendele

Grzegorz Krejner i Adam Probosz komentują dla Eurosportu

Fotoreporterzy

Na torze wszędzie można spotkać uśmiechniętych Mistrzów Świata

I każdy chce z nimi zdjęcie

 

Historia Pewnej Miłości

Kiedyś postanowiłam, że będe pisać wyłącznie o kolarstwie torowym i to jest moja historia.

Na pruszkowski welodrom trafiłam zanim jeszcze został wybudowany. Mój tata montował tam wentylację. Wówczas nie wiedziałam zbyt wiele o kolarstwie torowym. Minęło trochę czasu i nie pamiętam dokładnie jak to się zaczęło, ale przychodziłam kibicować na zawodach. Znalazłam towarzystwo, które też lubiło takie imprezy i razem odwiedzaliśmy a to Grand Prix Polski a to Mistrzostwa Norwegii…

Natomiast snigdy nie przyszło mi do głowy, że na torze można jeździć. W sensie, że taki zwykły człowiek jak ja może jeździć.

Z czasem dowiedziałam się o działającej tam wypożyczalni, zebrałam ekipę i pojechaliśmy. Rower z ostrym kołem posiadałam do jazdy po mieście, ale wiraże mnie znokautowały. Jeździłam w kółko po błękitnym trotuarku zupełnie nie rozumiejąc jak właściwie mam się znaleźć tam wysoko. Na prostych jeszcze jako tako szło, ale gdy tylko robiło się stromo, „spadałam” z powrotem na dół. Myślałam, że już mi się nie uda kiedy zaczęłam jechać za pewnym starszym dżentelmenem. Jechał dostojnie, powoli i też nie wjeżdżał na wiraże. Kręciłam się tak za nim dłuższy czas nie wiedząc co zrobić. W pewnym momencie postanowiłam działać i przejechawszy może jeszcze pięć okrążeń zabrałam się za wyprzedzanie. Kiedy ów pan to zauważył również przyspieszył a ja znalazłam się w kropce. Byłam nad nim, coraz bardziej zbliżając się do stromej ściany i nie mogłam niczego zrobić. „Raz kozie śmierć” pomyślałam i ile sił w nogach zaczęłam jechać przed siebie, wprost na bandę.

Adrenalina natychmiast uderzyła mi do głowy a serce waliło jak oszalałe. Byłam przerażona i podekscytowana jednocześnie. Radość nie do opisania. Potem podjechała do mnie inna bardziej doświadczona kolarka i powiedziała, żebym jechała za nią. Jeździłyśmy tak razem po niebieskiej już do końca treningu. Było wspaniale, buzia uśmiechała mi się sama a ja czułam, że coraz bardziej zatracam się w tym sporcie.

Potem miałam różne perypetie, trafiłam na zorganizowane treningi gdzie uczyłam się coraz to nowych rzeczy. Wystartowałam nawet w amatorskich zawodach. Po jakimś czasie sama zaczęłam organizować zajęcia. Założyłam bloga. Moje życie zaczęło się zmieniać.

Długo nie miałam jednak własnego roweru. Decyzję o zakupie podejmowałam i odkładałam wielokrotnie. Musiał być wyjątkowy. Niestety, wyjątkowe kosztowały więcej niż byłam gotowa wydać. Znalazłam bardzo przyzwoite rowery w internecie, ale nie były we właściwym kolorze.

Biłam się z myślami i czułam jakąś niewytłumaczalną pustkę. Krótko mówiąc, nie wiele rzeczy mnie cieszyło.

Pewnego wieczora, kiedy położyłam się już do łóżka, postanowiłam rzucić okiem na ogłoszenia w internecie. Na drugim był mój wymarzony rower. W moim rozmiarze, właściwym kolorze i tańszy o jedną czwartą ceny.  I w Londynie.

Nie dalej jak 3 dni wcześniej, przyjaciel pracujący w liniach lotniczych powiedział mi  „jak znajdziesz coś w Londku daj znać, bilet ci załatwię”. Nigdy nie sądziłam, że odważę się skorzystać z takiej oferty ale tu chodziło o rower!

Odpowiedziałam na ogłoszenie, odpisał młody człowiek, którego mogłabym być mamą. Okazało się, że kiedyś trenował „jak był młody” ale już przestał i teraz chętnie kupi „prawdziwy” rower.

Dogadaliśmy się.

Poprosił o zaliczkę. 30 funtów. Myśli biegały mi po glowie „mam wysłać 150 zł obcej osobie z internetu? To niepoważne.” Wysłałam. Dostałam ładne potwierdzenie, że dotarły. (okazało się, że nie 150 tylko 170 bo opłaty).

Cóż było robić. Wzięłam w pracy urlop na żądanie, sprawdziłam połączenia z lotniska Luton do Południowo-Zachodniego Londynu i umówiłam się ze sprzedawcą przed sklepem rowerowym, w którym mieli spakować mój nowy nabytek do kartonu i przygotować do lotu.

Dzień przed byłam już cała nakręcona. Samolot miałam o 6 rano. Nastawiłam budzik na 3:00, żeby móc zaliczyć jeszcze ze 3 drzemki. Spakowałam plecak. To znaczy plecak w zasadzie był pusty, żeby pomieścił zakupione prezenty, ale wrzuciłam do niego taśmę wspinaczkową z dawnych lat. Taśma wspinaczkowa, to parciana taśma zeszyta w pętlę. Miała mi służyć przy transportowania kartonu z rowerem przez miasto.

Zgodnie z planem budzik zadzwonił o 3 a z łóżka wstałam o 3:30. Przygotowałam stosik kanapek (żeby nie przepłacać), wciągnęłam owsiankę i pojechaliśmy na lotnisko. Wtedy dopadł mnie pierwszy stres „co jak się spóźnię?” Nadal miałam godzinę zapasu ale i tak wyobrażałam sobie najgorsze. Mimo, iż na miejscu byliśmy bardzo szybko to natknęłam się jak zwykle na kolejkę przy kontroli bagażu. Oczywiście, wybrałam tę, która szła najwolniej, następnie akurat mnie pani postanowiła dokładnie sprawdzić ale w końcu się udało. Jeszcze tylko kontrola paszportowa i odlot.

Pędzimy na lotnisko

Na lotnisku

I jeszcze jedna kolejka

Ale udało się

Londyn przywitał mnie piękną pogodą. Byłam niespokojna i spokojna jednocześnie. Niespokojna bo to jednak szalony pomysł, było wziąć kuriera, przecież ja się tu zgubię. Spokojna, bo dzisiaj są takie czasy, że wszystko jest. Powerbanki są, internet w roamingu za darmo. A Londyn jest naprawdę dobrze zorganizowany. Tak można podróżować.

Po prawie dwóch godzinach stałam przed uroczym sklepikiem rowerowym o dźwięcznej nazwie „The London Cycle Workshop”. Słońce świeciło, ruch na ulicy był niewielki a okolica piękna. Wysłałam wiadomość do mojego nowego znajomego –  z którym przez większość podróży przez Londyn byłam w ciągłym kontakcie – i umówiliśmy się, za kilka minut.

Anglio witaj! (Tam dopiero była kolejka…)

Super fajny autokar z telewizorem wyświetlającym drogę.

Piękny południowy Londyn

Siatka londyńskiego metra na Google Maps

I metro właściwe

I mapa metra

Anglicy są bardzo tolerancyjni

The London Cycle Workshop w Południowo Zachodnim Londynie

Stałam tak na rogu dwóch ulic i czekałam. I czekałam. I czekałam. I po raz kolejny zaczęły mnie dopadać myśli „a co jeśli to ściema? Przecież koleś mógł mnie wysłać gdzieś, powiedzieć, że przyjdzie, wziąć kasę i tyle.” Bardzo musiałam się starać, żeby panować nad sobą bo minęło już dobre 10 minut jak tak stałam przed tym sklepem i chodziłam to w tę to wewtę.

Nagle zobaczyłam człowieka targającego w jednym ręku wielki karton  a w drugim biały rower. To musiał być on. Uśmiechnęłam się i on także. To mój rower szedł do mnie.

Młody człowiek okazał się być bardzo miły, przyniósł klucz, żeby obniżyć siodełko, przecież oczywiste było, że przyleciałam do Londynu, aby wypróbować rower zanim kupię.

Dodatkowym bonusem był fakt, że sprzedawca sam zaproponował mi, iż skoro wpłaciłam zaliczkę i cena mi odpowiada, to on odliczy mi opłatę za pudło. To było miłe, 10 funtów w kieszeni.

Zapłaciłam mu i weszliśmy do sklepu. On powiedział obsłudze o co chodzi, podziękowałam i nasze drogi się rozeszły.

Pierwsza przymiarka

The London Cycle Workshop od środka

Sklepik był wspaniały. Mały, przy wejściu wisiały stare, stalowe szosówki, a w głębi super fajny nowoczesny osprzęt. Ale żadnego roweru. Tylko części. Panowie powiedzieli, że rower będzie gotowy za 30 minut, ale na moją prośbę zgodzili się go przechować jeszcze przez kilka godzin, żebym nie musiała szwędać się z nim po mieście.

Ja w tym czasie poszłam sobie na spacer. Było przepięknie. Klasyczny angielski styl równych domków i sklepików. U nas takich nie ma. Idąc ulicami Warszawy zwykle widzi się banki i apteki. A tam, butiki, piekarenki i kawiarnie. Centrum handlowe wygląda jak ratusz, albo co najmniej główny gmach poczty. Zapragnęłam napić się kawy, ale nie jakiejś tam Costa Coffee czy innej sieciówki. Chciałam kawy wyjątkowej. Szłam i szłam i znalazłam „Time for Coffee”. Kawiarnia jak z filmów. W środku tłum, ale na moje pytanie czy znajdzie się jakieś miejsce, barista załatwił to. Siedziałam na wysokim krześle przy starym fortepianie, który robił tu za stolik. Było przy nim jeszcze z siedem osób. Miałam przed sobą czekoladowe brownie i pięknie ozdobione cappuccino i nie zamierzałam szybko wychodzić.

Takie centrum handlowe bez wstydu można nazwać galerią

Shopping…

Wystawka w kawiarni

Moje czekoladowe brownie i cappuccino

Takich butików brakuje mi w Warszawie

I takich spożywczaków

Urocze jest na część miasta

Tego dnia odwiedziłam jeszcze kilka sklepów, kupiłam drobne upominki dla rodziny i przyjaciół i zjadłam obiad w hiszpańskiej restauracji, która udekorowana była wieprzowiną. Było pysznie, do pływającej w tłuszczu kaczki z puree dostałam porcję kiełbasek chorizo. To nie był do końca mój wybór, poprosiłam kelnera, żeby sam  mi coś zaproponował, gdyż nie znam się na hiszpańskiej kuchni, jednakowoż spodziewałam się jakiejś formy warzyw. Restauracja była prawie pusta. Jedyną osobą poza mną i obsługą była ciężarna żona kelnera (a może to był właściciel?), która siedziała przy barze czytając czasopismo i kompletnie nie zwracała na mnie uwagi. Potem, zupełnie jak na filmach, przyszli znajomi, albo rodzina kelnera (albo właściciela). Każdy każdego wycałował po dwa razy i rozmawiali już tylko po hiszpańsku jakby byli na swoich imieninach.

Hiszpańska restauracja

Ten dzień był surrealistyczny. Rano jeszcze byłam w Warszawie, teraz  w Londynie a czuję się jak w hiszpańskim filmie. Tu świeciło słońce a w domu padał deszcz. Spacerowałam sobie ulicami i robiłam zdjęcia. Czasem po kryjomu, bo jednak trochę się krępuję ale z drugiej strony, przecież nikt mnie tam nie znał.

Z dużym zapasem i lekko stremowana wróciłam do sklepu rowerowego odebrać moje pudło i udać się w stronę lotniska. Karton okazał się mniejszy i lżejszy niż się spodziewałam nie mniej jednak nie był zbyt poręczny. Mechanicy pomogli wybrać najlepszą drogę powrotu.

Pudło miało pewnie z półtora metra szerokości i tak je właśnie targałam. Nie mogłam odpuścić sobie okazji i poprosiłam przypadkowego przechodnia, żeby zrobił mi zdjęcie. Nie chcąc wyjść na dziwaka, co prosi o zdjęcia z kartonami, opowiedziałam panu całą historię co ja tu robię. Ludzie wprawdzie gapili się na mnie, ale też oferowali pomoc. Tej pomocy nie odmawiałam a i mój pomysł z taśmą wspinaczkową okazał się bardzo dobry. Mogłam chociaż trochę odciążyć ręce. Musiałam się 3 razy przesiadać a londyńskie metro z jego korytarzami do prostych (ani krótkich) nie należy. Dodaj do tego kompletnie niezorganizowany ruch pieszych. Część osób szła lewą stroną (tak jak auta w Anglii) a część prawą (tak jak auta wszędzie indziej). Nie było lekko. Targałam to pudło i obijałam się po kątach. Dobrze gdy schody były ruchome, gorzej gdy nie były. „Zaraz, już tu przed chwilą byłam!” W końcu udało mi się znaleźć drogę do drugiego metra. Postawiłam rower w pionie, żeby nie wadził. Nikt mi nie zwracał uwagi, każdy się uśmiechał współczująco. Wdałam, się w rozmowę „to wygląda na ciężkie. Naprawdę, przyleciałaś tu po rower? Niesamowita historia”.

Przypadkowy przechodzeń robi mi pierwsze zdjęcie

Patent z taśmą wspinaczkową

Kolejną przesiadką była stacja King’s Cross. To chyba serce Londynu. Kiedy byłam mała uczyłam się o niej na lekcjach angielskiego. Tradycja miesza się tu z nowoczesnością. Piękne zdobienia i modne sklepy. I ludzie, wszędzie mnóstwo ludzi a ja miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzyli.

W Londynie na stacjach metra zawsze jest obsługa, aby pomóc pasażerom. Podeszłam do pana i zapytałam o najbliższy supermarket, bo bardzo chciało mi się pić. Pan zamiast odpowiedzieć kazał mi chwilę poczekać i odszedł. Zostałam jak wryta w ziemię. Ja nie chciałam czekać, czy on nie widział, że targam wielkie pudło?? Ale pan zaraz wrócił z wózkiem bagażowym. Miałam ochotę go uściskać. Teraz, to ja mogłam nawet zwiedzać tę stację. To jest ten moment, kiedy było ciężko i nagle można na chwilę odetchnąć. Bezcenny. Poszłam kupić wodę ale zatrzymałam się przed sklepem i zastanawiałam co dalej. Nie dałabym rady wjechać z wózkiem do środka a obawiałam się, żeby nikt go nie ukradł. Postanowiłam zaryzykować. Poprosiłam kasjera, czy mógłby rzucić okiem ale wiadomo jak jest na kasie, niczego nie mógł obiecać. Popędziłam między półkami i złapałam butelkę z wodą. Tym razem nawet nie zastanawiałam się czy aby nie przepłaciłam. Udalo się! Mój pakunek był znów w zasięgu wzroku. Mała radość.

Wymażony wózek

Poszłam na pociąg. Potem została mi jeszcze tylko ostatnia przesiadka i lotnisko.

Na lotnisku od razu rozejrzałam się za wózkiem. Zorientowałam się,  że w sklepie zapakowali mój rower do góry nogami. Karton był po rowerze, i wszędzie miał napisy „This way up” (Tą stroną w górę). Tylko, że odwrotnie. Weszłam do pierwszego lepszego sklepu i zapytałam czy mogę pożyczyć flamaster. O dziwo mieli,  więc pieczołowicie zabrałam się za przekreślenie wszystkich napisów i strzałek i narysowanie nowych w przeciwnym kierunku. Tak przygotowana poszłam nadać bagaż. Lotniskowy labirynt ułożony ze słupków i taśm skutecznie utrudnił mi dotarcie do obsługi. Na szczęście miałam mnóstwo czasu bo lawirując pomiędzy taśmami zahaczyłam chyba o każdy słupek. Nadeszła w końcu moja kolej i przesympatyczna pani po sprawdzeniu mojej karty pokładowej i dowodu osobistego skierowała mnie do miejsca nadania bagażu nadmiarowego. Na szczęście mogłam wyjść już normalnie.

Rower zapakowany do góry nogami

Po nadaniu bagażu do odlotu została jeszcze dobra godzina. Lotnisko Luton jest niewielkie, ma mało miejsc siedzących i często do ostatniej chwili nie wiadomo z której bramki będzie odlatywał samolot. Poszwędałam się chwilę i bardzo już zmęczona poszłam usiąść gdzieś z boku. Wyciągnęłam drugą kanapkę zrobioną o 3:45 z rana i delektując się ogórkiem kiszonym rozmyślałam o moim nowym sprzęcie.

Hm… może Anglia to też stan umysłu? Pamiątkowe pocztówki z rodziną królewską

Najbardziej wyczekiwany moment

W domu byłam po północy, bo samolot się spóźnił. Roweru już nie rozkładałam, bo następnego dnia był trening i miałam cichą nadzieję, że pan Jurek, mechanik mi go złoży. Położyłam się i rozmyślałam o wszystkim co się wydarzyło. Podarowanie biletów, pomoc młodego Anglika w logistyce, sympatia obcych przechodniów, pyszne jedzenie i zwiedzanie i nareszcie, wyczekany rower. A jutro trening.

Jest pięknie.

Już w domu