Dzień Kobiet na Torze II

Kto powiedział, że Dzień Kobiet ma być tylko i wyłącznie 8. marca?

Z Mateuszem Rudykiem, brązowym medalistą Mistrzostw Świata. Fot. Marek Kwasowski

13 kwietnia, 2019 roku o godzinie 13:00 na pruszkowskim welodromie po raz drugi odbył się trening torowy wyłącznie dla kobiet.

Wstęp Fot. Marek Kwasowski

Dlaczego to jest ważne?

Ano dlatego, że kobiet w kolarstwie torowym jest niewiele, a to wspaniały sport i tak sobie pomyślałam, że fajnie byłoby aby więcej dziewczyn go uprawiało.

Fot. Marek Kwasowski

Kobiece kolarstwo jest inne niż męskie. Jest spokojniejsze, mniej agresywne. Po prostu mniej w nim testosteronu. Owszem, może czasami jest sporo zamieszania, pytań w stylu “ale o co chodzi?” i bardzo, ale to bardzo dużo śmiechu. Ale jest też więcej słuchania poleceń i porządek. A jak się słucha polecenia to szybciej się czyni postępy. A to cieszy wszystkich.

Z dwudziestu kobiet, które przyszły na trening, 11 było na torze po raz pierwszy. A kilka po raz drugi, gdzie po raz pierwszy było rok temu podczas pierwszej edycji Dnia Kobiet na Torze!

Trening przygotowała i poprowadziła Aleksandra Strazińska. Fanom kolarstwa torowego bliżej znana jako Aleksandra Drejgier. Wielokrotna Mistrzyni Polski, Mistrzyni i Vicemistrzyni Europy oraz Vicemistrzyni Świata.

Był wstęp o budowie toru i zasadach tam panujących, zapoznanie się z ostrym kołem i w końcu wyczekana jazda. Dziewczyny bardziej zaawansowane jeździły wyżej, a te, które dopiero zaczynały, pierwsze kółka kręciły po trotuarku.

Ja, debiutowałam w roli asystentki trenera.

Bardzo szybko okazało się, że z tymi początkującymi trzeba coś zrobić bo na trotuarku zaczynały się dziać wyścigi. Po krótkiej przerwie, dla bardziej zaawansowanych uczestniczek była jazda drużynowa, a osoby początkujące trenowały technikę jeżdżąc pomiędzy pachołkami.

Po jeździe drużynowej wszyscy wrócili na tor. Początkujące dziewczyny próbowały wjeżdżać na strome ściany wiraży, te bardziej obyte z torem trenowały jazdę na kole i dawanie zmian. Kilka pań debiutowało pod bandą. Po coraz szerszych uśmiechach na twarzy, można śmiało stwierdzić, że każda jedna odniosła swój osobisty sukces Co chwilę słychać było okrzyki tryumfu “Udao się! Nie spadłam!” (co oznaczało: “przejechałam cały wiraż i nie zjechałam na trotuarek”).

Fot. Marek Kwasowski

Oczywiście, nie obyło się bez drobnych pomyłek. W trakcie treningu okazało się, że Pani Trener kazała dziewczynom jechać po niebieskiej linii, a Asystentka Trenerki (czyli niniejszym) – po czarnej. Kompromisem uznałyśmy, że jak jadą obok Oli, to po niebieskiej a obok mnie – po czarnej.

Na sam koniec treningu, na tor wjechał tandem!  “Tokyo Express” bo tak się nazywa, to najbardziej różowy tandem świata. Ten rower też ma piękną historię, którę opowiem innym razem, ale można trochę naciągnąć fakty i powiedzieć, że sięga ona pierwszej edycji Dnia Kobiet na Torze.

Fot. Marek Kwasowski

Po dwóch godzinach, zmęczone ale szczęśliwe mogłyśmy usiąść, wymienić się wrażeniami, rozlosować nagrody, zjeść pyszną bezę i zapozować do zdjęć.

Fot. Marek Kwasowski

Wracając jeszcze do kolarstwa kobiecego.

Kobiece kolarstwo jest owiane wieloma mitami. Że muszą być zdjęcia, że więcej gadania niż jeżdżenia, że rewia mody. I pragnę powiedzieć, że to wszystko prawda! Ale nie cała prawda. Owszem, uwielbiamy zdjęcia, jak wielu kolarzy i jak najbardziej lubimy dobrze wyglądać na rowerze – jak wielu kolarzy. Gadamy i śmiejemy się. Piszczymy i jak się nie uda i jak się uda i nawet mamy ciastka na treningu. Ale też poważnie podchodzimy do naszych zadań, po niepowodzeniach podnosimy się i próbujemy jeszcze raz, szanujemy się nawzajem i naprawdę potrafimy dać sobie w kość. Nie było ani jednej pani, która nie wjechałaby na strome ściany wiraży, ale to nie udawało się przez wiele pierwszych prób. Było kilka niegroźnych upadków. Były nowe osoby, które nie potrafiły jechać prosto ani idealnie – a jednak nikt nie miał do nich pretensji. I w końcu wszyscy mieli naprawdę solidny trening.

Ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że było warto i choć przyszło mniej osób niż w ubiegłym roku to uważam imprezę za bardzo udaną.

Po pierwsze, wiele dziewczyn wróciło i przyszło 11 nowych! Przyszły też dziewczyny, które na torze jeżdżą regularnie, a jednak uznały, że trening tylko dla pań jest wyjątkowy.

Fot. Marek Kwasowski

Po drugie, organizacja takiego wydarzenia nie byłaby możliwa gdyby nie wsparcie osób trzecich. Stąd moje ogromne, ogromne podziękowania dla wszystkich, którzy pomogli:

Pan Jerzy Brodawka – właściciel wypożyczalni “Ostre Koło” i sklepu “JB Rowery”, który przygotował i bezpłatnie użyczył rowerów. Rzadko, który trening na torze jest tak zrównoważony pod względem wzrostu, więc trzeba było przygotować zupełnie inny zestaw rowerów, a potem wszystko poprzekręcać z powrotem. Ogrom pracy.

Swoja Mąka – firma prowadzona przez Maćka i Hanię, którzy przygotowali przepiękne paczki płatków i kasz dla każdej uczestniczki! http://swoja-maka.pl/

Kawa dla Kolarzy – bez której impreza kolarska jest jakaś taka nie tego, przygotowała kilka paczek kawy w prezencie https://topowykolarz.pl/

Mateusz Wyszyński – Fizjoterapeuta, który podarował dwa vouchery na wizytę u fizjoterapeuty https://www.facebook.com/fizjoterapeuta.wyszynski/

Adam Sejdak – Stomatolog (i kolarz torowy), który podarował voucher do swojej kliniki www.sejdak.pl

Firma GFI – która podarowała chusty typu “buff”. https://gfieast.com/pl/

Bezy upiekła Małgosia Berezowska a zdjecia robił pan Marek Kwasowski https://www.facebook.com/Marek-Kwasowski-Photography-1020124048160016/

Oraz wszystkie osoby prywatne: Antonina Kłudkiewicz, Paweł Nowakowski, Teresa Osińska (moja mama ;)), Michał Marciniak, Maciej Skalski, Marta Piechota, Maciej Świt, Agnieszka Troińska, Marcin Gruca, Aleksandra Turek, Patryk Mazurek, Tomasz Kowalik, Mateusz Wyszyński, Marek Pokorski, Danusia Miczek, Maciek Zdoński, Grzegorz Turkiewicz, Leszek Traczyk, Stanisław Bogdański, Adam Ważny, Tomasz i Monika Groń, Monika Skóra

A ja? Ja bardzo Wam dziękuję. Dziękuję za pomoc i za zaufanie i przede wszystkim za wiarę, że to ma sens. Musicie wiedzieć, że godzinę po tym, jak założyłam projekt na PolakPotrafi.pl kompletnie w niego zwątpiłam. Siedziałam i martwiłam się, że to przecież bez sensu, że kto chciałby dać pieniądze na jakieś kolarstwo torowe, że tylko się ośmieszę i jak zwykle narobię szumu. Kwota, którą udało mi się zebrać przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Dziękuję.

Dziękuję też Oli, która zdecydowała się poprowadzić ten trening. To nie była dla niej łatwa decyzja. Ola zakończyła swoją karierę 10 lat temu. Miała obawy a ja bardzo się bałam czy nie rozgrzebuję jakiejś niedokończonej przeszłości. Wiecie co mi napisała na koniec? “Ja się dobrze zastanowię co z kolarstwem w mojej osobie…” Sztos.

W ubiegłym roku, wspierał nas Grzegorz Krejner, trener naszych regularnych treningów, ale tym razem nie mógł. Przeszło mi przez myśl czy same, we dwie damy radę. Dałyśmy i to z nawiązką a pomoc Oli, która przed i po wcieleniu się w rolę Pani Trener, targała ze mną krzesła i stoły i sprzątała okruszki ze stołu. Olu, dziękuję Ci. Jesteś wielka!

I oczywiście, wielkie dzięki dla wszystkich pań, które przyszły. Bo to właśnie dla Was!

Wszystkie zdjęcia Marek Kwasowski

Aleksandra Strazińska – czyli Drejgier

Ola Drejgier, a teraz Aleksandra Strazińska, mama półrocznej córeczki, była dla mnie zawsze tajemniczą postacią na torze. Kiedy zaczęłąm interesować się kolarstwem torowym, jej nazwisko pojawiało się wszędzie, tylko nie wśród startujących. Pomimo, że kibicowałam wiele razy na torze nigdy nie miałam okazji zobaczyć jak się ściga. Nie wiedziałam wówczas, że Ola nie startowała już od sześciu lat.


Swego czasu w Polsce była bezkonkurencyjna. W Mistrzostwach Polski elity startowała tylko 3 razy, 6 razy sięgając po złoto. Raz srebro i raz brąz. Wówczas była jeszcze juniorką. Razem ze swoją partnerką Kornelią Mączką zdobyły Vice Mistrzostwo Świata i Mistrzostwo Europy. Rok później Vice Mistrzostwo Europy z Dominiką Żukowską w juniorach.

Kornelia Mączka i Aleksandra Drejgier podczas Mistrzostw Europy Juniorów 2008

Była najmłodszą uczestniczką (a nawet uczestnikiem) Mistrzostw Świata elity 2009 roku, które odbyły się w Pruszkowie. Nie miała jeszcze osiemnastu lat.

Jej domeną był sprint, ale ma też medal w scratchu i brązowy medal w jeździe indywidualnej na czas na szosie.

Ścigała się w sumie 6 lat, w 2010 roku zamieniła kolarstwo na studia.

 

 

I teraz zgodziła się wrócić na tor aby poprowadzić trening wyłącznie dla pań!

Mistrzostwa Świata w Kolarstwie Torowym 2019 dzień 3

Hasłami dzisiejszego dnia są: Wojtek Pszczolarski i Wyścig Punktowy  (to jest jedno hasło) oraz Wai Sze Lee i sprinty kobiet.

Kto mnie zna, ten wie, że wyścig punktowy jest moją ulubioną konkurencją do oglądania. Jest długi, a więc zabawy jest więcej, jest emocjonujący, bo finiszów jest 16, ale za to w odpowiednich odstępach czasowych, aby móc się połapać o co chodzi. Ponadto daje zawodnikom dużo możliwości inwencji własnej stąd też liczne ucieczki i próby – dzisiaj niezwykle skuteczne – nadrobienia okrążeń.

Dzisiejszy był jednym z lepszych dlatego, że Wojtek zrobił na torze prawdziwe show. Bardzo chciał ten medal. Najpierw zabrał się w odjazd z Nowozelandczykiem. Kiedy byli mniej więcej w połowie drogi, Holender i Belg (Van Schip i De Ketele – przez angielskiego komentatora wymawiany “De Ketl, czyli “czajnik”), przyspieszyli, doszli i uciekli. Zdarłam gardło, żeby pomóc Wojtkowi usiąść im na koło ale tamci byli już za daleko. W każdym razie udało mu się nadrobić to okrążenie, tak jak i połowie peletonu, więc walka trwała. Van Schip mocno rywalizował z Hiszpanem Mora Vedri. Do tego Australijczyk, Brytyjczyk. Ogólnie dużo się działo. Wojtek w międzyczasie zabrał się w drugą ucieczkę i nadrobił kolejne okrążenie. Był na jakiejś 7. pozycji razem z kilkoma innymi zawodnikami. I w pewnym momencie zaatakował ale nikt z nim nie pojechał. I wtedy nadrobił okrążenie samodzielnie! Był na trzecim miejscu ex aequo z Irlandczykiem. Został trochę z tyłu, żeby odpocząć, przesuwał się do czuba i już był całkiem blisko, niewiele zostało do końca wyścigu kiedy tamtem (ten Irlandczyk) doszedł do niego i zza pleców przejechał obok. Wojtek nie był w stanie nic zrobić. Potwornie zmęczony nie miał siły go gonić. Z taką samą ilością punktów i spuszczoną głową ukończył wyścig na czwartym miejscu. Myślałam, że serce mi pęknie jak podczas Igrzysk w Rio kiedy Van Avermaet i Fulgsang wyprzedzali Majkę. Zwycięzca miał 104 punkty. Drugi Hiszpan, 76. Irlandczyk i Polak mieli po 67. Na Mistrzostwach w 2018, zwycięzca miał 70. Drugi raptem 52.

Średnia prędkość wyniosła 55.4 km/h.

To był piękny wyścig. Przepiękny. Warto było oglądać go od początku do końca w dużym skupieniu, żeby nie przegapić ani jednej akcji, a gardło niedługo samo się wyleczy.

Ale Wojtek to profesjonalista, po wyścigu udało mi się namówić go do zdjęcia.

Drugim gwoździem programu była Wai Sze Lee. Uwielbiam tę zawodniczkę. Obserwuję ją uważnie od kilku lat i w tym sezonie jest fenomenalna. Nie można nie zauważyć podobieństwa do stylu Kristiny Vogel, która w pewnym momencie odpala rakietę i wystrzeliwuje (jest takie słowo?) na przód. Bieg o złoty medal jest jednym z piękniejszych pojedynków kobiecego sprintu. Do tego pięknie się uśmiecha, ale dopiero kiedy jest już po wszystkim.

Wai Sze Lee po wygranym finale uśmiecha się do Kristiny Vogel, komentującej zawody. Fot. Izabela Sobieszek

Oprócz Wojtka i Wai Sze dzisiaj jeszcze była Daria Pikulik w omnium, która bardzo ładnie pojechała zwłaszcza końcówkę wyścigu punktowego. Adrian Kaiser, który w pewnym momencie miał trzeci czas na 4 kilometry i czasówka na kilometr ale z jakiegoś powodu Krzysztof Maksel w niej nie wystartował.

Z ciekawostek to dwa razy zapowiedziano, że rekord świata został pobity, a potem poprawiono, że to błąd. Nawet najlepszym się zdarza.

A ja? Ja jutro nie będę już kibicować w Pruszkowie. Jakoś słabo wycelowałam z terminem i wyjeżdżam na urlop. Przynajmniej na urlop…

Bawcie się dobrze, a jeśli nie macie biletów to obejrzyjcie transmisję. Start o 18:00 w TVP Sport i Eurosporcie pierwszym.

Jutro sprinty mężczyzn, madison kobiet, 500 m. TT i wyścig na dochodzenie pań. W każdej z tych konkurencji będą polscy reprezentanci. Nie bez szans na medal.

Wyniki: http://www.tissottiming.com/2019/ctrwch/en-us/Default/

Mistrzostwa Świata w Kolarstwie Torowym 2019 dzień 2

Dziś były Mistrzostwa Świata w kolarstwie torowym. Drugi dzień.

Właśnie wróciłam z toru, jest późno ale nie zasnę dopóki się nie podzielę wszystkim co we mnie siedzi.

Dziś będzie osobiście.

Ostatnio mało się odzywałam, tak torowo. Ale nie jest mi z tego powodu głupio, a to dlatego, że mam poczucie, że wszyscy, którzy interesują się kolarstwem torowym są dobrze wyposażeni w informacje. Dzisiaj o torze mówi się w radiu, w telewizji równolegle na dwóch kanałach lecą relacje na żywo z zawodów, powstały nowe portale dedykowane wyłącznie kolarstwu torowemu. Natorze.pl i kolarstwotorowe.pl. Polecam tam zaglądać, bo wreszcie ktoś robi to porządnie.

A ja? Ja mam poczucie, że moje marzenia się spełniają. Marzyłam o tym, żeby kolarstwo torowe otrzymało więcej atencji.

Ale miało być o Mistrzostwach Świata. No właśnie. Na tych Mistrzostwach miałam być już tylko kibicem. Miałam nie robić relacji i ogólnie zająć się kibicowaniem. Ale ja tak nie potrafię. Muszę opowiedzieć, bo pęknę.

Bilety kupione były kiedy tylko się pojawiły w sprzedaży. Wówczas to czwartek był dniem nr. 1. To było tak dawno. Na środę już nie kupowałam biletów, oglądałam w telewizji jak sprinterzy i sprinterki walczyły. Ale to w ogóle nie to samo.

Prawdziwe zawody są na żywo. Jak tylko weszłam na tor humor mi się poprawił. O 14:30 nie było zbyt wielu ludzi ale i tak atmosfera była kosmiczna.

Siadam w sektorze, tuż obok mnie zawody komentuje Kristina Vogel. Piękna i uśmiechnięta. Niestrudzona po prostu. Niesamowita kobieta.

Kiedy przyszłam kobiety jechały 200 metrów z lotu. 16 pierwszych miejsc poniżej jedenastu sekund. Aby dać porównanie, to najlepsi polscy amatorzy mężczyźni zajęliby ostatnie miejsca. Dzień kończy się ćwierćfinałami do których już dostaje się sama śmietanka a to prawie dopiero początek.

Dzisiaj był też keirin, który sam w sobie jest niezwykle emocjonujący, ale jak walczy w nim Krzysztof Makse aż do półfinału to jest emocjonujący do kwadratu. Krzysiek zawsze walczy w bardzo widowiskowy sposób.

W pamięci mam obraz sprinterów, którzy… nagle przyspieszają. Tak po prostu. Jadą, jadą, jadą i … jadą szybciej. Ale nie tak powoli szybciej, tylko tak po prostu nagle szybciej. I w zupełnie niezrozumiały sposób wyprzedzają tych, co jadą szybko z przodu. I to za każdym razem jest tak samo fascynujące.  I jeszcze niesamowite jest to, że kiedy sprinter idzie pełną parą to jego rower porusza się w sposób, no taki trochę zerojedynkowy. To znaczy on przyspiesza, potem jest moment kiedy nie przyspiesza, czyli tak jakby stoi, to jest ten moment, kiedy korby są w pozycji pionowej, a potem znów jedzie, bo korby minęły oś i jest nacisk na pedał. Nie umiem tego dobrze wytłumaczyć. Kto był i oglądał ten wie co mam na myśli.

W każdym razie nie byłam w stanie oglądać ostatniej rundy keirinu bez zakrywania twarzy dłońmi co było objawem ogromnego niepokoju spowodowanego narastającym ryzykiem kraksy. Ta jednak na szczęście nie nastąpiła, ale jako, że tych biegów keirnowych było sporo, bo kwalifikacje, potem repasaże, potem kolejne awanse. To było gorąco.

Dzisiaj była też jazda drużynowa. Jazdę drużynową uwielbiam jechać, ale ogląda to się trochę nudno, aczkolwiek padł rekord świata, więc to było fajne. Cała widownia wstała i biła brawo Australijczykom, którzy pokonali Brytyjczyków. Fajnie.

Australijczycy cieszą się nowym rekordem świata na 4 km

Ale jeżeli miałabym wymienić jedną najpiękniejszą, najlepszą konkurencję tego wieczoru to był nią męski scratch. Ten od początku szedł bardzo mocno. Co chwilę próby ucieczki skutecznie kasowane przez tego samego kolarza, znanego byłego sprintera, Greka Christosa Volikakisa. Co za gość, po prostu co za gość.  Ale nie dlatego scratch był piękny. Był piękny dlatego, że grupa na torze czasami wygląda jak stado polujących drapieżnych ptaków. Co chwilę ktoś spada z góry, to ktoś go dogoni. Już wydaje się, że za chwilę się zderzą ale jakoś kolarze przenikają dosłownie jeden przez drugiego i nagle wszystko się rozjeżdża. Raz jedzie cała zwarta grupa a tu za chwilę jeden długi ogon, jak fala na wzburzonym morzu, to w górę to w dół.

Dzisiaj, 13 rund przed końcem poszła czteroosobowa ucieczka. Mieli prawie pół toru przewagi. Nie było w niej Adriana Teklińskiego i już wydawało się, że jest pozamiatane, że dojadą do końca, ale nie dojechali. Rozjechało się! To był szok, jak to? Peleton dojechał a za chwilę, podobnie jak Adrian Tekliński dwa lata temu w Hong Kongu, na 7 okrążeń przed metą zaatakował Portugalczyk Rui Oliveira. Rui lubi takie samotne ataki. Jechał bardzo mocno, na dwie rundy do końca miał jeszcze sporą przewagę, na pół Australijczyk, który godzinę wcześniej pobił rekord świata w jeździe drużynowej, dosłownie po nim przejechał. Oliveira był piąty.

Myślę, że jeszcze ciekawe było to, jak trudno jest śledzić drużynowy wyścig na dochodzenie. No bo jak patrzysz na jedną drużynę, na przykład jak oddaje zmianę, to w ogóle nie widzisz co robi ta druga i dopiero kiedy różnica jest naprawdę duża jesteś w stanie zauważyć, że tam są dwie drużyny, bo po prostu jadą bliżej siebie. A, i jeszcze to, że trener Brytyjczyków, daje im znaki dymne informując jaką drużyna ma przewagę lub stratę. Robi kroki wzdłuż toru. Nie rozpracowałam jeszcze tego systemu do końca, ale wydaje się, że  działa on tak:

Jeśli czas jest mniej więcej równy, staje przy białej kresce. Jeśli jego drużyna ma przewagę, robi krok w kierunku jazdy. Jeśli ta przewaga jest duża, robi kilka kroków (adekwatnie do przewagi). Jeśli drużyna traci, krok jest w przeciwną stronę. Do tego, te kroki robi w taki sposób, żeby zawodnicy widzieli ile ich jest! Do tego informuje czy mają przyspieszyć czy utrzymać tempo. Fascynujące.

Ufff. Jeśli wytrwaliście do tej pory to z góry przepraszam za długawy tekst. Jutro wracam na tor szukać nowych wrażeń.

Wyniki: https://www.tissottiming.com/2019/ctrwch/en-au/Default/

 

Śródtorze podczas zawodów pełne ludzi i rowerów
Kosmicznie zaopatrzone boksy Brytyjczyków
Dorota Rajska i Kristina Vogel
Kristina Vogel. Bardzo miła i uśmiechnięta
Dorota Rajska i Grzegorz Krejner
Z Grzegorzem Krejnerem, który za chwilę zacznie komentować dla Eurosportu
Kamerzysta na segway'u
Kamerzysta jeździ za zawodnikami startującymi w pojedynkach spinterskich
Kristina Vogel i Niki Degrendele
Grzegorz Krejner i Adam Probosz komentują dla Eurosportu
Fotoreporterzy
Na torze wszędzie można spotkać uśmiechniętych Mistrzów Świata
I każdy chce z nimi zdjęcie

 

Historia Pewnej Miłości

Kiedyś postanowiłam, że będe pisać wyłącznie o kolarstwie torowym i to jest moja historia.

Na pruszkowski welodrom trafiłam zanim jeszcze został wybudowany. Mój tata montował tam wentylację. Wówczas nie wiedziałam zbyt wiele o kolarstwie torowym. Minęło trochę czasu i nie pamiętam dokładnie jak to się zaczęło, ale przychodziłam kibicować na zawodach. Znalazłam towarzystwo, które też lubiło takie imprezy i razem odwiedzaliśmy a to Grand Prix Polski a to Mistrzostwa Norwegii…

Natomiast snigdy nie przyszło mi do głowy, że na torze można jeździć. W sensie, że taki zwykły człowiek jak ja może jeździć.

Z czasem dowiedziałam się o działającej tam wypożyczalni, zebrałam ekipę i pojechaliśmy. Rower z ostrym kołem posiadałam do jazdy po mieście, ale wiraże mnie znokautowały. Jeździłam w kółko po błękitnym trotuarku zupełnie nie rozumiejąc jak właściwie mam się znaleźć tam wysoko. Na prostych jeszcze jako tako szło, ale gdy tylko robiło się stromo, „spadałam” z powrotem na dół. Myślałam, że już mi się nie uda kiedy zaczęłam jechać za pewnym starszym dżentelmenem. Jechał dostojnie, powoli i też nie wjeżdżał na wiraże. Kręciłam się tak za nim dłuższy czas nie wiedząc co zrobić. W pewnym momencie postanowiłam działać i przejechawszy może jeszcze pięć okrążeń zabrałam się za wyprzedzanie. Kiedy ów pan to zauważył również przyspieszył a ja znalazłam się w kropce. Byłam nad nim, coraz bardziej zbliżając się do stromej ściany i nie mogłam niczego zrobić. „Raz kozie śmierć” pomyślałam i ile sił w nogach zaczęłam jechać przed siebie, wprost na bandę.

Adrenalina natychmiast uderzyła mi do głowy a serce waliło jak oszalałe. Byłam przerażona i podekscytowana jednocześnie. Radość nie do opisania. Potem podjechała do mnie inna bardziej doświadczona kolarka i powiedziała, żebym jechała za nią. Jeździłyśmy tak razem po niebieskiej już do końca treningu. Było wspaniale, buzia uśmiechała mi się sama a ja czułam, że coraz bardziej zatracam się w tym sporcie.

Potem miałam różne perypetie, trafiłam na zorganizowane treningi gdzie uczyłam się coraz to nowych rzeczy. Wystartowałam nawet w amatorskich zawodach. Po jakimś czasie sama zaczęłam organizować zajęcia. Założyłam bloga. Moje życie zaczęło się zmieniać.

Długo nie miałam jednak własnego roweru. Decyzję o zakupie podejmowałam i odkładałam wielokrotnie. Musiał być wyjątkowy. Niestety, wyjątkowe kosztowały więcej niż byłam gotowa wydać. Znalazłam bardzo przyzwoite rowery w internecie, ale nie były we właściwym kolorze.

Biłam się z myślami i czułam jakąś niewytłumaczalną pustkę. Krótko mówiąc, nie wiele rzeczy mnie cieszyło.

Pewnego wieczora, kiedy położyłam się już do łóżka, postanowiłam rzucić okiem na ogłoszenia w internecie. Na drugim był mój wymarzony rower. W moim rozmiarze, właściwym kolorze i tańszy o jedną czwartą ceny.  I w Londynie.

Nie dalej jak 3 dni wcześniej, przyjaciel pracujący w liniach lotniczych powiedział mi  „jak znajdziesz coś w Londku daj znać, bilet ci załatwię”. Nigdy nie sądziłam, że odważę się skorzystać z takiej oferty ale tu chodziło o rower!

Odpowiedziałam na ogłoszenie, odpisał młody człowiek, którego mogłabym być mamą. Okazało się, że kiedyś trenował „jak był młody” ale już przestał i teraz chętnie kupi „prawdziwy” rower.

Dogadaliśmy się.

Poprosił o zaliczkę. 30 funtów. Myśli biegały mi po glowie „mam wysłać 150 zł obcej osobie z internetu? To niepoważne.” Wysłałam. Dostałam ładne potwierdzenie, że dotarły. (okazało się, że nie 150 tylko 170 bo opłaty).

Cóż było robić. Wzięłam w pracy urlop na żądanie, sprawdziłam połączenia z lotniska Luton do Południowo-Zachodniego Londynu i umówiłam się ze sprzedawcą przed sklepem rowerowym, w którym mieli spakować mój nowy nabytek do kartonu i przygotować do lotu.

Dzień przed byłam już cała nakręcona. Samolot miałam o 6 rano. Nastawiłam budzik na 3:00, żeby móc zaliczyć jeszcze ze 3 drzemki. Spakowałam plecak. To znaczy plecak w zasadzie był pusty, żeby pomieścił zakupione prezenty, ale wrzuciłam do niego taśmę wspinaczkową z dawnych lat. Taśma wspinaczkowa, to parciana taśma zeszyta w pętlę. Miała mi służyć przy transportowania kartonu z rowerem przez miasto.

Zgodnie z planem budzik zadzwonił o 3 a z łóżka wstałam o 3:30. Przygotowałam stosik kanapek (żeby nie przepłacać), wciągnęłam owsiankę i pojechaliśmy na lotnisko. Wtedy dopadł mnie pierwszy stres „co jak się spóźnię?” Nadal miałam godzinę zapasu ale i tak wyobrażałam sobie najgorsze. Mimo, iż na miejscu byliśmy bardzo szybko to natknęłam się jak zwykle na kolejkę przy kontroli bagażu. Oczywiście, wybrałam tę, która szła najwolniej, następnie akurat mnie pani postanowiła dokładnie sprawdzić ale w końcu się udało. Jeszcze tylko kontrola paszportowa i odlot.

Pędzimy na lotnisko
Na lotnisku
I jeszcze jedna kolejka
Ale udało się

Londyn przywitał mnie piękną pogodą. Byłam niespokojna i spokojna jednocześnie. Niespokojna bo to jednak szalony pomysł, było wziąć kuriera, przecież ja się tu zgubię. Spokojna, bo dzisiaj są takie czasy, że wszystko jest. Powerbanki są, internet w roamingu za darmo. A Londyn jest naprawdę dobrze zorganizowany. Tak można podróżować.

Po prawie dwóch godzinach stałam przed uroczym sklepikiem rowerowym o dźwięcznej nazwie „The London Cycle Workshop”. Słońce świeciło, ruch na ulicy był niewielki a okolica piękna. Wysłałam wiadomość do mojego nowego znajomego –  z którym przez większość podróży przez Londyn byłam w ciągłym kontakcie – i umówiliśmy się, za kilka minut.

Anglio witaj! (Tam dopiero była kolejka…)
Super fajny autokar z telewizorem wyświetlającym drogę.
Piękny południowy Londyn
Siatka londyńskiego metra na Google Maps
I metro właściwe
I mapa metra
Anglicy są bardzo tolerancyjni
The London Cycle Workshop w Południowo Zachodnim Londynie

Stałam tak na rogu dwóch ulic i czekałam. I czekałam. I czekałam. I po raz kolejny zaczęły mnie dopadać myśli „a co jeśli to ściema? Przecież koleś mógł mnie wysłać gdzieś, powiedzieć, że przyjdzie, wziąć kasę i tyle.” Bardzo musiałam się starać, żeby panować nad sobą bo minęło już dobre 10 minut jak tak stałam przed tym sklepem i chodziłam to w tę to wewtę.

Nagle zobaczyłam człowieka targającego w jednym ręku wielki karton  a w drugim biały rower. To musiał być on. Uśmiechnęłam się i on także. To mój rower szedł do mnie.

Młody człowiek okazał się być bardzo miły, przyniósł klucz, żeby obniżyć siodełko, przecież oczywiste było, że przyleciałam do Londynu, aby wypróbować rower zanim kupię.

Dodatkowym bonusem był fakt, że sprzedawca sam zaproponował mi, iż skoro wpłaciłam zaliczkę i cena mi odpowiada, to on odliczy mi opłatę za pudło. To było miłe, 10 funtów w kieszeni.

Zapłaciłam mu i weszliśmy do sklepu. On powiedział obsłudze o co chodzi, podziękowałam i nasze drogi się rozeszły.

Pierwsza przymiarka
The London Cycle Workshop od środka

Sklepik był wspaniały. Mały, przy wejściu wisiały stare, stalowe szosówki, a w głębi super fajny nowoczesny osprzęt. Ale żadnego roweru. Tylko części. Panowie powiedzieli, że rower będzie gotowy za 30 minut, ale na moją prośbę zgodzili się go przechować jeszcze przez kilka godzin, żebym nie musiała szwędać się z nim po mieście.

Ja w tym czasie poszłam sobie na spacer. Było przepięknie. Klasyczny angielski styl równych domków i sklepików. U nas takich nie ma. Idąc ulicami Warszawy zwykle widzi się banki i apteki. A tam, butiki, piekarenki i kawiarnie. Centrum handlowe wygląda jak ratusz, albo co najmniej główny gmach poczty. Zapragnęłam napić się kawy, ale nie jakiejś tam Costa Coffee czy innej sieciówki. Chciałam kawy wyjątkowej. Szłam i szłam i znalazłam „Time for Coffee”. Kawiarnia jak z filmów. W środku tłum, ale na moje pytanie czy znajdzie się jakieś miejsce, barista załatwił to. Siedziałam na wysokim krześle przy starym fortepianie, który robił tu za stolik. Było przy nim jeszcze z siedem osób. Miałam przed sobą czekoladowe brownie i pięknie ozdobione cappuccino i nie zamierzałam szybko wychodzić.

Takie centrum handlowe bez wstydu można nazwać galerią
Shopping…
Wystawka w kawiarni
Moje czekoladowe brownie i cappuccino
Takich butików brakuje mi w Warszawie
I takich spożywczaków

Urocze jest na część miasta

Tego dnia odwiedziłam jeszcze kilka sklepów, kupiłam drobne upominki dla rodziny i przyjaciół i zjadłam obiad w hiszpańskiej restauracji, która udekorowana była wieprzowiną. Było pysznie, do pływającej w tłuszczu kaczki z puree dostałam porcję kiełbasek chorizo. To nie był do końca mój wybór, poprosiłam kelnera, żeby sam  mi coś zaproponował, gdyż nie znam się na hiszpańskiej kuchni, jednakowoż spodziewałam się jakiejś formy warzyw. Restauracja była prawie pusta. Jedyną osobą poza mną i obsługą była ciężarna żona kelnera (a może to był właściciel?), która siedziała przy barze czytając czasopismo i kompletnie nie zwracała na mnie uwagi. Potem, zupełnie jak na filmach, przyszli znajomi, albo rodzina kelnera (albo właściciela). Każdy każdego wycałował po dwa razy i rozmawiali już tylko po hiszpańsku jakby byli na swoich imieninach.

Hiszpańska restauracja

Ten dzień był surrealistyczny. Rano jeszcze byłam w Warszawie, teraz  w Londynie a czuję się jak w hiszpańskim filmie. Tu świeciło słońce a w domu padał deszcz. Spacerowałam sobie ulicami i robiłam zdjęcia. Czasem po kryjomu, bo jednak trochę się krępuję ale z drugiej strony, przecież nikt mnie tam nie znał.

Z dużym zapasem i lekko stremowana wróciłam do sklepu rowerowego odebrać moje pudło i udać się w stronę lotniska. Karton okazał się mniejszy i lżejszy niż się spodziewałam nie mniej jednak nie był zbyt poręczny. Mechanicy pomogli wybrać najlepszą drogę powrotu.

Pudło miało pewnie z półtora metra szerokości i tak je właśnie targałam. Nie mogłam odpuścić sobie okazji i poprosiłam przypadkowego przechodnia, żeby zrobił mi zdjęcie. Nie chcąc wyjść na dziwaka, co prosi o zdjęcia z kartonami, opowiedziałam panu całą historię co ja tu robię. Ludzie wprawdzie gapili się na mnie, ale też oferowali pomoc. Tej pomocy nie odmawiałam a i mój pomysł z taśmą wspinaczkową okazał się bardzo dobry. Mogłam chociaż trochę odciążyć ręce. Musiałam się 3 razy przesiadać a londyńskie metro z jego korytarzami do prostych (ani krótkich) nie należy. Dodaj do tego kompletnie niezorganizowany ruch pieszych. Część osób szła lewą stroną (tak jak auta w Anglii) a część prawą (tak jak auta wszędzie indziej). Nie było lekko. Targałam to pudło i obijałam się po kątach. Dobrze gdy schody były ruchome, gorzej gdy nie były. „Zaraz, już tu przed chwilą byłam!” W końcu udało mi się znaleźć drogę do drugiego metra. Postawiłam rower w pionie, żeby nie wadził. Nikt mi nie zwracał uwagi, każdy się uśmiechał współczująco. Wdałam, się w rozmowę „to wygląda na ciężkie. Naprawdę, przyleciałaś tu po rower? Niesamowita historia”.

Przypadkowy przechodzeń robi mi pierwsze zdjęcie
Patent z taśmą wspinaczkową

Kolejną przesiadką była stacja King’s Cross. To chyba serce Londynu. Kiedy byłam mała uczyłam się o niej na lekcjach angielskiego. Tradycja miesza się tu z nowoczesnością. Piękne zdobienia i modne sklepy. I ludzie, wszędzie mnóstwo ludzi a ja miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzyli.

W Londynie na stacjach metra zawsze jest obsługa, aby pomóc pasażerom. Podeszłam do pana i zapytałam o najbliższy supermarket, bo bardzo chciało mi się pić. Pan zamiast odpowiedzieć kazał mi chwilę poczekać i odszedł. Zostałam jak wryta w ziemię. Ja nie chciałam czekać, czy on nie widział, że targam wielkie pudło?? Ale pan zaraz wrócił z wózkiem bagażowym. Miałam ochotę go uściskać. Teraz, to ja mogłam nawet zwiedzać tę stację. To jest ten moment, kiedy było ciężko i nagle można na chwilę odetchnąć. Bezcenny. Poszłam kupić wodę ale zatrzymałam się przed sklepem i zastanawiałam co dalej. Nie dałabym rady wjechać z wózkiem do środka a obawiałam się, żeby nikt go nie ukradł. Postanowiłam zaryzykować. Poprosiłam kasjera, czy mógłby rzucić okiem ale wiadomo jak jest na kasie, niczego nie mógł obiecać. Popędziłam między półkami i złapałam butelkę z wodą. Tym razem nawet nie zastanawiałam się czy aby nie przepłaciłam. Udalo się! Mój pakunek był znów w zasięgu wzroku. Mała radość.

Wymażony wózek

Poszłam na pociąg. Potem została mi jeszcze tylko ostatnia przesiadka i lotnisko.

Na lotnisku od razu rozejrzałam się za wózkiem. Zorientowałam się,  że w sklepie zapakowali mój rower do góry nogami. Karton był po rowerze, i wszędzie miał napisy „This way up” (Tą stroną w górę). Tylko, że odwrotnie. Weszłam do pierwszego lepszego sklepu i zapytałam czy mogę pożyczyć flamaster. O dziwo mieli,  więc pieczołowicie zabrałam się za przekreślenie wszystkich napisów i strzałek i narysowanie nowych w przeciwnym kierunku. Tak przygotowana poszłam nadać bagaż. Lotniskowy labirynt ułożony ze słupków i taśm skutecznie utrudnił mi dotarcie do obsługi. Na szczęście miałam mnóstwo czasu bo lawirując pomiędzy taśmami zahaczyłam chyba o każdy słupek. Nadeszła w końcu moja kolej i przesympatyczna pani po sprawdzeniu mojej karty pokładowej i dowodu osobistego skierowała mnie do miejsca nadania bagażu nadmiarowego. Na szczęście mogłam wyjść już normalnie.

Rower zapakowany do góry nogami

Po nadaniu bagażu do odlotu została jeszcze dobra godzina. Lotnisko Luton jest niewielkie, ma mało miejsc siedzących i często do ostatniej chwili nie wiadomo z której bramki będzie odlatywał samolot. Poszwędałam się chwilę i bardzo już zmęczona poszłam usiąść gdzieś z boku. Wyciągnęłam drugą kanapkę zrobioną o 3:45 z rana i delektując się ogórkiem kiszonym rozmyślałam o moim nowym sprzęcie.

Hm… może Anglia to też stan umysłu? Pamiątkowe pocztówki z rodziną królewską
Najbardziej wyczekiwany moment

W domu byłam po północy, bo samolot się spóźnił. Roweru już nie rozkładałam, bo następnego dnia był trening i miałam cichą nadzieję, że pan Jurek, mechanik mi go złoży. Położyłam się i rozmyślałam o wszystkim co się wydarzyło. Podarowanie biletów, pomoc młodego Anglika w logistyce, sympatia obcych przechodniów, pyszne jedzenie i zwiedzanie i nareszcie, wyczekany rower. A jutro trening.

Jest pięknie.

Już w domu

 

Olimpijska kolarka Kristina Vogel o następstwach swojego okropnego wypadku

“Przepraszam, zwykle nie płaczę”.

Okropny wypadek dwa miesiące temu pozostawił mistrzynię olimpijską w sprincie, Kristinę Vogel lat 27 sparaliżowaną. W wywiadzie z DER SPIEGEL, pierwszy raz mówi o tym co się wydarzyło i o bezcelowości pytania “dlaczego ja?”

Wywiad przeprowadziła Antie Windmann

Maurice Weiss / DER SPIEGEL, Medalistka olimpijska Kristina Vogel w Berlinie

Kristina Vogel, dwukrotna mistrzyni olimpijska i jedenastokrotna mistrzyni świata, jest jedną z najbardziej utytułowanych kolarek torowych wszechczasów. 26 czerwca jadąc z prędkością sześdziesięciu kilometrów na godzinę po betonowym torze w Chociebużu (Cottbus) zderzyła się z młodym Holendrem, który ćwiczył start z pozycji zatrzymanej. W wyniku kolizji jemu nic się nie stało za to Vogel owszem. Z poważnymi uszkodzeniami kręgosłupa została przetransportowana drogą lotniczą do berlińskiego szpitala. Przez kilka miesięcy tylko jej rodzina i najbliżsi wiedzieli w jakim jest stanie. W wywiadzie z DER SPIEGEL po raz pierwszy opowiedziała o skali skutków jej wypadku. Została sparaliżowana.

DER SPIEGEL: Pani Vogel, co pani pamięta z dnia wypadku?

Vogel: To był zwykły dzień jak każdy inny. Słońce świeciło. Miałam kilka rzeczy zaplanowanych. Chcieliśmy potrenować, po południu pojechać na gokarty a wieczorem pójść do baru na koktajl. Były urodziny mojego kolegi z drużyny, Maxa Levy’ego.

DER SPIEGEL: Ale rzeczy potoczyły się inaczej. Co się wydarzyło?

Vogel: Trenowałam z koleżanką z drużyny Pauline Grabosch, robiłyśmy sprinty — ona była przede mną, obie w pozycji aerodynamicznej. Wtedy ona zeszła ze zmiany a ja wyszłam na prowadzenie i wtedy wszystko zrobiło się czarne, głęboko czarne. Następną rzecz jaką pamiętam to odzyskiwanie przytomności na torze.

DER SPIEGEL: Jak się pani obudziła?

Vogel: Leżałam z głową w dół na środku toru, w dość stabilnej pozycji na boku. Moją pierwszą myślą było “oddychaj, oddychaj, opanuj się”. I wtedy “Nie, proszę nie znowu! Już miałam poważny wypadek w 2009”.

DER SPIEGEL: Co było dalej?

Vogel: Widziałam jak wszyscy do mnie biegną. Wtedy wiedziałam, że to był duży wypadek. I wtedy poczułam ucisk, taki wielki, wielki ucisk.

DER SPIEGEL: Jaki ucisk?

Vogel: Jakby całe moje ciało spuchło. Wszystko było na mnie za ciasne, zwłaszcza moje buty do ścigania. Są dokładnie dopasowane, żeby optymalnie przenosiły siłę. Powiedziałam “Zdejmijcie mi buty, tylko zdejmijcie mi buty”. To chwilę trwało, bo mają specjalne sznurowanie. I potem zobaczyłam jak ktoś odchodzi z moimi butami. Ale nie czułam jak mi je zdejmowali. Natychmiast stało się dla mnie jasne, że to koniec. Teraz jestem sparaliżowana. Nie będę mogła więcej chodzić.

DER SPIEGEL: Nie spanikowała pani?

Vogel: Nie, myślałam tylko: “Musisz być spokojna, lekarze już idą, zaraz ci pomogą”.

DER SPIEGEL: Kto był wtedy z panią?

Vogel: Koledzy z drużyny, Max Dörnbach i Max Levy. On trzymał mnie za rękę. I pamiętam jak mówiłam do niego “Nie zostawiaj mnie tu samej. Zostań ze mną”. Potrzebowałam trzymać czyjąś rękę kiedy starałam się zrozumieć co się stało, co było ze mną nie tak.

DER SPIEGEL: Bolało panią coś?

Vogel: Było bardzo trudno oddychać. Ale powiedziałam sobie: “nie płacz, bądź silna, odpręż się”. Prawdziwy ból poczułam kiedy ratownicy położyli jakąś dmuchaną poduszkę pode mnie, żeby mnie przenieść na nosze. I jazda karetką po bruku była okropna. Bardzo bolała.

DER SPIEGEL: Co się potem stało?

Vogel: Błagałam, żeby dali mi coś na uspokojenie. Potem wszystko było już jak za mgłą. Wiem, że zostałam zabrana do szpitala w Chociebużu, że mój partner Michael (były kolarz torowy Michael Seidenbecher) tam był. Podobno powiedziałam mu “kończę z tym sportem, mam już dość”. Następne co pamiętam to jak byłam wkładana do śmigłowca ADAC (niemiecki automobil klub) i myślałam sobie “dzięki Bogu jestem członkiem ADAC Plus, nie będę musiała za to płacić”. Co za myśl! Czasami ludzie są głupi, prawda?

DER SPIEGEL: Potem została pani przetransportowana do szpitala w Berlinie (Berlin Trauma Center).

Vogel: Z tego pamiętam tylko dwie, może trzy rzeczy. Pamiętam jak byłam w helikopterze, pamiętam jak mnie pchali na noszach przez korytarz i potem tylko pamiętam co się działo kiedy już mnie wybudzono ze śpiączki farmakologicznej, dwa dni po pierwszej operacji.

DER SPIEGEL: Jak to było się obudzić?

Vogel: Wszystko bardzo bolało. Moja mama i Michael tam byli. Jemu nawet nie wolno było trzymać mnie za rękę ani mnie pogłaskać. Nawet nie mogę tego opisać. Byłam kompletnie pochłonięta w bólu. Potem dość szybko mi powiedzieli, że jestem sparaliżowana. Ale ja to już wiedziałam.

DER SPIEGEL: Kto panią o tym poinformował?

Vogel: Miałam zamknięte oczy przez kilka pierwszych tygodni. Tylko rozpoznawałam głosy. To chyba był sam ordynator. Ale już nie pamiętam jak i co dokładnie powiedział.

DER SPIEGEL: Nawet jak już miała pani świadomość powagi kontuzji, jak ciężko było usłyszeć to od lekarza?

Vogel: Dobrze, że jeszcze na torze sama sobie z tego zdałam sprawę, więc wiadomość nie zaskoczyła mnie kompletnie. Ale oczywiście “do bani”. Nie ma na to innych słów. Do bani. Nie ważne jak to się powie, już nigdy nie będę chodzić. I tego się nie zmieni. Ale co mam zrobić? Zawsze myślę, że im szybciej pogodzisz się z nową sytuacją tym lepiej sobie z nią poradzisz. To mówię sobie: “Ok, teraz będzie tak” i muszę zobaczyć jak mogę dalej żyć, co mogę z tego wyciągnąć.

DER SPIEGEL: Gdzie dokładnie straciła pani czucie?

Vogel:Mój kręgosłup jest uszkodzony na siódmym kręgu piersiowym — czyli mniej więcej od klatki piersiowej w dół. Granica, od której nic nie czuję jest płynna. Zaczyna się trochę niżej po lewej stronie niż po prawej.

DER SPIEGEL: Co pani czuje gdy dotyka nóg?

Vogel: Czuję skórę, ale nie ma odpowiedzi. Moje nogi nie czują dotyku. Trudno to opisać.

DER SPIEGEL: “Dlaczego ja?” Jak bardzo ciąży to pytanie gdy coś takiego przytrafia się właśnie tobie?

Vogel: Są pytania, które w żaden sposób nie pomagają iść na przód — emocjonalnie, mentalnie i sytuacyjnie.  Dla mnie “dlaczego ja” to jest właśnie takie pytanie. Jest jak jest.

DER SPIEGEL: Jest pani osobą religijną?

Vogel: Jestem ochrzczona i byłam u komunii ale nie jestem wierząca. Moja mama jest. Kiedyś powiedziała, że Bóg daje ci tylko tyle zadań ile jesteś w stanie wykonać. Idąc tym tokiem myślenia, Pan w niebie miał na mnie jakiś plan.

DER SPIEGEL: Jakie były największe przeszkody, które musiała pani pokonać od wypadku?

Vogel: Przez pierwsze dwa tygodnie musiałam walczyć ciężej niż kiedykolwiek. Żeby przetrwać. Potem miałam drugą operację i bardzo agresywne zapalenie płuc. Wiele razy byłam przenoszona w stan śpiączki farmakologicznej na kilka dni. Wszystko mnie bolało — i nie ma słów, żeby to opisać. Lekarze musieli się sporo natrudzić, żeby przystosować mnie do środków przeciwbólowych. Mój organizm chłonął leki jak gąbka. Ale nie mogli mi też dawać ich za dużo, bo by mi sparaliżowało płuca. Czasami naprawdę myślałam, że umrę. Ale powiedziałam sobie: “teraz nie możesz się poddać. Musisz wytrwać (zaczyna płakać i wyciera palcami łzy). Przepraszam. Zwykle nie płaczę.

DER SPIEGEL: Mówiła pani o drugiej operacji.

Vogel: Ta też miała na celu usztywnienie mojego kręgosłupa. Musieli dostać się tędy, po prawej stronie, przez żebra. I teraz mam tam metalowe pręty, więc na pewno będę piszczeć na lotnisku.

DER SPIEGEL: Kiedy był pierwszy moment gdy pomyślała sobie pani, że jakoś to będzie?

Vogel: Moim pierwszym dużym światełkiem była miska jagód, kiedy po raz pierwszy mogłam znów samodzielnie jeść. Moja siostra położyła miskę na moim brzuchu i potem jadłam ze smakiem jedną po drugiej. To były najsmaczniejsze jagody jakie kiedykolwiek jadłam. Drugi przebłysk był po drugiej operacji, kiedy fizjoterapeuci posadzili mnie na krawędzi łóżka i Michael mógł mnie po raz pierwszy wziąć w ramiona.

DER SPIEGEL: Czy poczuła pani wtedy, że powoli odzyskuje kontrolę nad swoim życiem?

Vogel: Właściwie było raczej odwrotnie. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo jestem sparaliżowana. Nie miałam w ogóle siły i siedziałam tam jak niemowlę a głowa mi latała na boki. Górne kręgi szyjne były połamane, więc miałam kompletnie niestabilną szyję.

DER SPIEGEL: Jakie były następne kroki?

Vogel: Że mogłam trzymać się pionowo na łóżku i obracać na boki. Mycie zębów. Mycie górnej części ciała. I oczywiście przeniesienie mnie na zwykły oddział po operacji obojczyka. Z dala od dużego sprzętu i ciągłego monitorowania.

DER SPIEGEL: Kiedy po raz pierwszy usiadła pani na wózku inwalidzkim?

Vogel: 19 lipcas, trzy tygodnie po wypadku. Przypięta pasami, żebym się nie przewróciła. To było szybkie ale ja chcę po prostu iść naprzód. Czasami leżę w łóżku i po kryjomu ćwiczę z taśmą Theraband (śmiech)

DER SPIEGEL: Nie mówi pani poważnie.

Vogel: Tak! Nie ćwiczę mięśni ani nic, ale przynajmniej coś robię. Po prostu leżeć tam, czekać aż ktoś cię przekręci z lewej na prawą co parę godzin. Nie mogę tego znieść. Zawsze mówię wszystkim: “muszę iść, mam spotkania, muszę iść” (znów się śmieje).

DER SPIEGEL: Cierpliwość nie jest pani mocną stroną.

Vogel: Lekarze tu szybko się o tym przekonali. Są zdziwieni jak szybko radzę sobie z niektórymi rzeczami.

DER SPIEGEL: Wydaje się pani bardzo pozytywnie nastawiona. Na ile to jest prawdziwe?

Vogel: Zawsze byłam przekonana, że pozytywne myślenie wpływa na ciało. Ja po prostu próbuję robić rzeczy. Żeby sprawdzić co działa a co nie. Jak to się mówi? Robić, to chcieć, ale bardziej. Ale oczywiście, zdarzają się chwile, kiedy mam pięć minut i może być bardzo ciężko i jestem po prostu załamana. Ale mówię sobie: “nie płacz”. Zwykle dzwonię do przyjaciół kiedy to się zdarza.

DER SPIEGEL: Po pani wypadku, koledzy z drużyny zaczęli kampanię wspierającą  — #staystrongkristina i zebrali 120,000 euro dla pani. Co to dla pani znaczy?

Vogel: To bardzo dużo znaczy. Chociaż na początku kiedy o tym usłyszałam, trochę się zaniepokoiłam. Pomyślałam: “świetnie, teraz będą robić z tego szum a potem uzbierają 500 euro”. To jak zapraszanie ludzi na wielkie przyjęcie a potem nikt nie przychodzi. To uwłaczające. Ale kiedy zaczęło do mnie docierać co tam się dzieje, to było niesamowite. Zdać sobie sprawę jaką jest się ważną osobą dla innych, ile mają dla ciebie współczucie (znów wyciera łzy). Szkoda, że trzeba ulec wypadkowi, żeby się o tym przekonać.

DER SPIEGEL: Pani koledzy z drużyny, Max Levy and Max Dörnbach, którzy byli z panią gdy wydarzył się wypadek zaczęli tę kampanię.

Vogel: Oni tam byli. Ta akcja chyba pomogła im poradzić sobie z tym co się wydarzyło i nie czuć się bezsilnie. Równie dobrze mogę wykorzystać te pieniądze na specjalny samochód i fajny wózek z karbonowymi obręczami (śmieje się)

DER SPIEGEL: Po wypadku został wydany zakaz wypowiadania się w mediach o pani stanie zdrowia. Nikt nie wiedział jak się pani naprawdę miewała. Dlaczego tak?

Vogel: Żebym mogła sama się trochę podleczyć. Nie chciałam, żeby ktoś mnie widział tak poranioną. Teraz jestem w miejscu, gdzie mogę powiedzieć: “Jestem tu i mam się dobrze. Wciąż tu jestem i wciąż jestem tą samą szaloną dziewczyną”. Chcę być motywacją dla innych. Nie ważne co przyniesie ci los, życie toczy się dalej — w moim przypadku na czterech kołach zamiast dwóch. Teraz moje ręce są również moimi stopami.

DER SPIEGEL: Jak z pani paraliżem radzi sobie rodzina i przyjaciele?

Vogel: Mam bardzo silną rodzinę, która bardzo mnie wspiera. I Michael jest moją Skałą Gibraltarską. Podczas moich pierwszych dni na OIOMie spał obok na krześle, wariat. Nie wiem skąd on czerpie siłę. To jest drugi raz jak musi przez to przechodzić.

DER SPIEGEL: W 2009 roku miała pani innych poważny wypadek. Co się wtedy wydarzyło?

Vogel: Byłam na rowerze, w drodze do domu i ktoś wymusił na mnie pierwszeństwo. Nie mogłam odbić i wpadłam przez boczne okno. Straciłam pięć zębów i od tamtej pory mam sztuczne. I blizny na twarzy. W zasadzie to już wtedy powinnam zostać sparaliżowana ponieważ miałam złamany piąty krąg piersiowy. Ale uratowały mnie silne mięśnie grzbietu. W porównaniu z tym, wydaje się względnie niepoważne.

DER SPIEGEL: Jak szybko wróciła pani na rower po tamtym wypadku?

Vogel: Cztery tygodnie spędziłam w szpitalu i trzy miesiące na rehabilitacji. Potem, w marcu 2010 roku pojechałam swój najlepszy występ na mistrzostwach świata. Wtedy, nie chciałam, żeby człowiek, który wymusił na mnie pierwszeństwo decydował o moim losie. Więc mogłam zrobić tylko jedną rzecz. Wsiąść na rower i cała na przód. Kiedy wybudziłam się ze śpiączki od razu zapytałam o mój rower.

Kristina Vogel zdjęcie archiwalne 2012

DER SPIEGEL: Widziała pani rower, na którym miała ostatni wypadek?

Vogel: Nie, ale chciałabym, aby lepiej zrozumieć jak poważne było zderzenie. Na pierwszych prześwietleniach mój kręgosłup wygląda jak składany stolik z ikei. Mam dużo szczęścia, że żyję i, że mam w pełni sprawne ręce. Mogłam być sparaliżowana od szyi w dół.

DER SPIEGEL: Czy ma pani już jakieś plany na przyszłość?

Vogel: Przez całe życie miałam plan na pięć lat. Teraz, po raz pierwszy nie mam żadnego — i to jest dobra rzecz. Najpierw muszę się pogodzić z moim paraliżem. Też nie wiem co chcę dalej robić. Moja firma – Policja Federalna, bardzo mnie wspiera i przedstawiła mi kilka opcji pracy możliwej z moją niepełnosprawnością. Patrole z bronią już nie wchodzą w grę. Ale cieszę się, że jestem w służbie obywatelskiej na całe życie.

DER SPIEGEL: W pani przypadku, pojawi się pytanie, kto ponosi winę za pani wypadek.

Vogel: Nie wiem kto stał gdzie, kiedy i jak. Więc ja nie mogę nikogo winić. Ale oczywiście, tą sprawą też się zajmą. Co wiem, to to, że na torze było tysiące niebezpiecznych sytuacji. Podczas jednych mistrzostw świata, ktoś podczas rozgrzewki wprowadził na tor bramkę startową, duży metalowy przyrząd. Ja jechałam 70 km na godzinę i tylko zdążyłam pomyśleć: “ok, gdzie teraz?”. Było bardzo blisko. W Kolumbii, René Enders wyszedł z zakrętu przy prędkości 80 km/h a tam ktoś stał ze szczotką. Gdyby się zderzyli zginąłby. Takie rzeczy się zdarzają,  a nie powinny. Może to jest moje powołanie w życiu. Upewnić się, żeby to, co mnie spotkało nigdy więcej się nie powtórzy. W tym sensie, może rzeczywiście mam jakiś mały plan.

DER SPIEGEL: Czy po takiej niebezpiecznej sytuacji, nie ma strachu przed ponownym wejściem na rower?

Vogel: Jeśli boisz się gdy jesteś na torze, to robisz niewłaściwą rzecz. To jest ciężki sport. Czasami trzeba odchylić łokcie, żeby móc kogoś wyprzedzić. Nie wygrałabym żadnego sprintu gdybym miała w sobie strach.

DER SPIEGEL: Jak się zaczęła pani przygoda z kolarstwem?

Vogel: W szkole podstawowej wisiał plakat zapraszający do klubu kolarskiego. Zapisałam się z dwiema koleżankami, robiłyśmy pierwsze kółka na torze. Podobały mi się pojedynki i chciałam być najszybsza nawet wtedy.

DER SPIEGEL: Jest sport Paraolimpijski — czy rozważa pani tę opcję?

Vogel: Nie wiem czy chcę wracać do wyczynowego sportu i nawet jeśli, to w jakiej dyscyplinie. To nie jest pytanie, które sobie w tej chwili zadaję. Jeśli nie wiem co właściwie mogę robić, skąd mam wiedzieć co mnie będzie pasjonować? Właściwie, to teraz porównuję siebie do niemowlęcia, które musi nauczyć się samodzielnie przewracać i siadać. I to miłe, że mogę mieć na to czas. Pierwszy raz w swoim życiu nie muszę niczego robić. Mogę po prostu być. To jest sytuacja, którą chcę się cieszyć. W skrócie, po raz pierwszy jestem wolna.

DER SPIEGEL: Kiedy wyjdzie pani ze szpitala?

Vogel: Moim ambitnym celem jest być w domu do końca roku.

DER SPIEGEL: Od czego to zależy?

Vogel: Muszę móc się sobą samodzielnie zajmować — na przykład samodzielnie się ubrać albo wsiąść i zsiąść z wózka. Nasz dom również musi zostać dostosowany — łazienka, kuchnia i jakieś rozwiązanie do schodów. Chcę jak najmniej musieć polegać na czyjejś pomocy. Ponieważ, tak, nie będę móc już chodzić, ale najgorsze to być od kogoś zależnym.

DER SPIEGEL: Pani Vogel, dziękujemy za ten wywiad

Wywiad tłumaczony z http://www.spiegel.de/international/germany/olympic-cyclist-kristina-vogel-left-paralyzed-by-june-accident-a-1227200.html

Czy Warszawa może znów mieć tor?

Ostatnimi czasy w warszawskim środowisku kolarskim coraz częściej mówi się o rewitalizacji praskiego toru kolarskiego „Orzeł”.

Tor obecnie, co tu dużo mówić, znajduje się w ruinie, ale jak to ładnie ujął Stefan Gardawski, prezes stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze”, – Ale stoi.

 

Pojawił się cień nadziei, że mamy szansę to ocalić – czyli nie dać zrównać z ziemią.

W mediach pojawiają się pierwsze artykuły  a po wpisaniu hasła „tor kolarski orzeł” na You Tubie  można obejrzeć „najnowsze produkcje”.

A TERAZ DO RZECZY

Można pomóc. A nawet w imieniu Organizatorów, proszę pomóżcie.

Pierwszym krokiem, jest zorganizowanie Konsultacji Społecznych. Wymogiem jest 1000 podpisów.

Zbieramy te podpisy w trybie pilnym, zanim przyjdą deweloperzy z walizką pieniędzy i tyle z toru zostanie. (Warunkiem koniecznym jest bycie mieszkańcem Warszawa – tzn. posiadać prawo wyborcze w Warszawie).

Udaj się do jednego z miejsc zbierających podpisy, albo jeśli masz drukarkę, to ściągnij i wydrukuj formularz na podpisy.

Zebrane podpisy należy przekazać do Stowarzyszenia „Miasto jest nasze”. Napiszcie do nich maila praga.poludnie@miastojestnasze.org lub wiadomość  na profilu Facebooka Miasto Jest Nasze Praga- Południe.

Wszystko jeszcze raz tylko bardziej szczegółowo znajdziecie  na stronie Stowarzyszenia.

Próba pobicia rekordu w jeździe godzinnej – Piotr Klin

19 sierpnia 2018 roku, Piotr Klin, kolarz amator i inżynier podjął próbę pobicia rekordu Polski w jeździe godzinnej na torze. Nie udał mu się ten wyczyn. W godzinę przejechał 46,7 km. Obecny rekord 49,470 nadal należy do Wojtka Ziółkowskiego.

Piotr to zdobywca wielu złotych medali w jeździe indywidualnej na czas w kraju a za swój największy sukces uważa srebro na świecie. Wszystko w wyścigach amatorskich gdyż na co dzień pracuje za biurkiem.

Przed podjęciem próby razem z kolegą przez ponad miesiąc monitorowali gęstość powietrza mini stacją meteorologiczną własnej produkcji.

Wydarzenie przyciągnęło na tor sporo osób, którym Piotrek zaserwował masę emocji.

Ponadto była relacja na żywo na eurower.pl (oraz retransmisja na You Tube) a wszystko komentował Adam Probosz.

Ale oprócz kibiców było też całkiem poważnie. Sztab szkoleniowy, sędziowie UCI, maszyneria do pomiaru czasu oraz przedstawiciele agencji antydopingowej. I oczywiście pomiary samego roweru.

Piotr zaczął bardzo dobrze. Przez 20 minut szedł na rekord ale potem pojawiły się pierwsze kłopoty. Zaczęło się od lekkiego wyjeżdżania powyżej czerwonej linii (optymalny tor zakłada jazdę po czarnej linii). Oddychał bardzo ciężko ale jechał dalej. W kuluarach mówiono o niewielkim doświadczeniu torowym, o dużej ilości energii jakiej wymaga utrzymanie aerodynamicznej pozycji i ogólnie o tym jakie to jest ciężkie.

Po 80 rundach już było wiadomo, że rekord nie zostanie pobity. Piotrka bujało po torze. To wjeżdżał wysoko pod niebieską linię, to znowu na prostych zjeżdżał na trotuarek. On sam podniósł się ze swoich podpórek i kiedy już wszyscy sądzili że skończy, położył się z powrotem i jechał dalej.

„Ostatnie” 100 rund były nagradzane gromkimi brawami. Ta jazda była pokazem niezwykłej determinacji, walki oraz słodko gorzkim przypomnieniem, że czasami po prostu nie wychodzi. A może była porwaniem się na niezwykle trudne wyzwanie przedwcześnie?

Co to by nie było, zostanie powtórzone. Powiedział to sam Piotrek, powiedzieli to jego koledzy, którzy pracują z nim na co dzień w Anglii i przyjechali tu z nim. „Jest bardzo uparty” skwitowali.

Dla mnie to kolejne, niesamowite wydarzenie na torze, które udokumentowałam w następujący sposób:

 https://youtu.be/-juYhgeh9_I

Sporo o probie Piotrka możecie znaleźć na Facebooku oraz eurower.pl

Sprzed próby:

Cztery koszule i wieszak

Who the fuck is Klin? Czy na torze w Pruszkowie da się przejechać 50 km w 60 minut?

Oraz zapis samej próby

Zapis transmisji z próby pobicia rekordu Polski w jeździe godzinnej

 

Piotrek jechał na przełożeniu 60×14

 

 

Torowe Mistrzostwa Polski Masters 2018 – Dzień 3

Pełny relaks!

Zamiast owsianki z bakaliami, na śniadanie bułka i parówka. Zamiast kombinezonu, spódniczka. Jeszcze nie jestem świadoma jak doskonale spod niej widać moje kolarsko opalone nogi.

Fot. OZKol w Łodzi

Dzisiaj jadę na tor w roli kibica. Będę robić zdjęcia, biegać za zawodnikami i dopingować.

Nie potrafię się zdecydować czy siedzieć na trybunach, czy jednak na śródtorzu. Zaczynamy od trybun, ale ostatecznie schodzimy tam, gdzie nasi koledzy.

Oni walczą ale już czuć atmosferę jazdy drużynowej. Prezes Okręgowego Związku Kolarskiego w Łodzi, Arek Jałowski ładnie powiedział – “Drużyna scala”. Tak, to jest prawda. Nie ma drugiej takiej energii jak ta, kiedy się dobrze pojedzie wyścig drużynowy.

Dla mnie jest bardzo ekscytująco. Nie ma podziału na kategorie wiekowe, wszyscy jadą razem. Młodzi i doświadczeni, sprinterzy ze średniodystansowcami. Wszyscy uśmiechnięci.

Zawody idą sprawnie. Najpierw sprinterzy, potem 3 km. Drużyna naszego trenera wygrywa 3 km. Zaskoczenie i radość. Chyba się jednak tego nie spodziewali. Wszyscy gratulują sobie nawzajem.

Niestety, nie udało się zebrać drużyny kobiet, ale to nie szkodzi. Za rok znów spróbujemy.

Organizatorzy szykują medale
Ostatnia powtórka z przepisów
Trener Grzegorz Drejgiej w roli asystenta. Piotr Jankowski w roli asystenta asystenta

 

Leszek Sobieszek szykuje się do sprintu drużynowego
Drużyna Danielo Sportswear w sprincie drużynowym.
Paweł Czarnecki i Grzegorz Krejner szykują się do jazdy drużynowej na 3 km

 

Drużyna Żoliber Danielo Komo Bike

Drużyna ŁTC
To już jest koniec

I tak, moje trzy dni dobiegły końca. Kiedy to piszę jest tak późny niedzielny wieczór, że już jest poniedziałek. Ciężar zmagań został daleko w tyle, torby jeszcze nie rozpakowane, a w nich, gdzieś leżą moje 3 medale. Piękne medale. Nie leżą koszulki z orzełkiem ale jakoś się z tym pogodzę. Za jakiś czas będę musiała podjąć trudną decyzję. Decyzję, której unikałam, albo której nie podejmowałam przez parę lat. Jak chcę dalej zarządzić swoim kolarstwem? Teraz jest to dla mnie ogromna frajda, bez zobowiązań. Więc dlaczego mi żal tych koszulek? Te dziewczyny, które wygrały złoto w pełni na nie zasłużyły. Kolarstwo traktują poważniej niż ja. Trenują uczciwie. Ja wciąż szukam wymówek, dlaczego nie dam rady. Może najzwyczajniej mi się nie chce? Nie chciałoby mi się pójść dzisiaj pobiegać, tak jak to zrobiła Marta. Ani trenować podjazdów na Agrykoli, ani chodzić na siłownię rolować się i dbać o dietę. Ale wiem jedno. Albo powalczę o koszulkę, albo pogodzę się z tym, że jeżdżę na torze dla przyjemności i mi na koszulce w ogóle nie zależy.

Dziękuję za uwagę.

Korzystając z okazji, chciałabym podziękować paru osobom:

Adamowi Ważnemu, bez którego wsparcia nic bym nie robiła. Nie istniałabym.

Grzegorzowi Krejnerowi za przygotowanie i sprowadzenie na ziemię kiedy trzeba, sympatię, zaangażowanie i dystans do świata.

Jurkowi Brodawce za sprzęt, podtrzymywanie na duchu i też sprowadzenie na ziemię w momentach histerii, gdy nic ma się nie udać, a jednak wychodzi.

Wszystkim “moim” torowy dziewczynom, że jesteście i że walczycie. To Wy ubarwiacie moje sportowe życie.

Leszkowi Sobieszkowi za pomoc w przygotowaniach i za Twoją wiedzę, którą się hojnie dzielisz oraz każde miłe słowo.

Prezesowi Okręgowego Związku Kolarskiego w Łodzi, Arkowi Jałowskiemu, bez którego pracy nie byłoby tych zawodów, oraz wszystkim osobom zaangażowanym.

A w szczególności, całemu KKT Wiraż, wszyscy stali i okazyjni bywalcy treningów na torze. Po prostu cieszę się, że jesteście, bądźcie jak najdłużej.

Regularni i okazjonalni uczestniczy treningów na torze. Klub Kolarstwa Torowego „Wiraż”

A na koniec, nie mogę nie wspomnieć o najważniejszym mężczyźnie w moim życiu, jakim jest mój syn. Za jego nieskończoną cierpliwość do mamy, poczucie humoru i bezgraniczną miłość. (Który jak to przeczyta, to mnie zabije).

Do następnego roku!

 

Kilka zdjęć z zawodów (Te same co we wpisie z dnia 1 i 2)

Torowe Mistrzostwa Polski Masters 2018

Zdjęcia Okręgowego Związku Kolarskiego w Łodzi

YouTube