[Technika] Jazda prosto po torze

Ten wpis otwiera serię pod tytułem “technika jazdy na torze”.

Jazda prosto ma banalne zasady i zupełnie niebanalne wykonanie. Co czyni ją bardzo ciekawą i znakomitym ćwiczeniem zarówno samotnie jak i w grupie.

Nie ważne, czy jesteś na torze po raz pierwszy czy posiadasz własny sprzęt z walizką zębatek, drugim kompletem kół i kierownicą czasową, jechać prosto możesz zawsze. Wystarczy wybrać sobie jedną z trzech namalowanych linii i próbować się na niej utrzymać. W kółko. Ale jednak prosto.

Kolarz torowy na torze
fot. Kamila Zawadzka

Dlaczego jazda prosto jest taka ważna?

Po pierwsze, nie trzymając toru jazdy, możesz być zagrożeniem dla innych uczestników i tym samym dla siebie samego.

Po wtóre będziesz pokonywał dłuższą drogę. Zamiast prosto, pojedziesz slalomem a w kolarstwie torowym, gdzie wygrywa (albo przegrywa) się o tysięczne sekundy liczy się absolutnie wszystko, nawet pół metra dłuższa droga.

Jakie możesz napotkać trudności? Oprócz trzymania kierunku musisz ponadto utrzymać odpowiednią prędkość. Przy zbyt małej prędkości twój rower będzie bardziej pionowy. Jadąc wzdłuż pochylonej ściany prawa korba w dolnej pozycji — a konkretnie pedał —  może zahaczyć o tor. Pamiętaj, że tu nie możesz przestać pedałować, więc nie możesz, tak jak w rowerze szosowym, przytrzymać pedałów w górze aby bezpiecznie pokonać zakręt.

Jeśli będziesz jechać szybko, zahaczenie pedałem ci nie grozi, ponieważ twój rower przechyli się do środka toru. Przy wysokiej prędkości natomiast zaczyna działać siła odśrodkowa, która będzie cię wypychała do góry. (To działanie jest bardziej odczuwalne na mniejszych torach, np. 200 m). Ponadto, wchodząc w wiraż zmieniasz kierunek jazdy, więc w połowie wirażu zaczniesz przyspieszać (prawa fizyki), wówczas siła odśrodkowa zrobi swoje i rower powędruje w górę.

Co robić?

Nie jedź zbyt wolno. W wirażu należy utrzymywać prędkość co najmniej w okolicach 30 km/h, aby nie zahaczyć pedałem o powierzchnię toru. Jest to szczególnie ważne jeśli jedziesz wyżej, np. po niebieskiej linii.

Jadąc szybko trzymaj dolny chwyt, ugnij łokcie a nawet lekko odchyl się do zewnątrz. Wówczas minimalnie pochylisz rower do środka a on wtedy nie ucieknie tak bardzo niesiony siłą odśrodkową.

Niżej kilka ciekawych przykładów.

Grzegorz Krejner w jeździe na kilometr. Zwróćcie uwagę na tor jazdy.

A tu sir Chris Hoy w sprincie. Zwróćcie uwagę na pozycję głowy podczas sprintu.

Sześciodniówka w Ghent

Sześciodniówki to zawody torowe, które jak sama nazwa wskazuje trwają 6 dni. Najstarsza impreza, to Sześciodniówka na belgijskim welodromie Kuipke w Ghent.

Six day Ghent event
Fot. Veloclassic.com

Pierwsza edycja miała miejsce w 1922 roku i trwała nie tylko 6 dni, ale i 6 nocy. Kolarze jeździli po 24 godziny na dobę. Na sześciodniówkach jeździ się parami, historycznie właśnie dlatego, aby jeden partner mógł odpocząć

Ok 1960 roku, ktoś poszedł po rozum do głowy i ograniczyli liczbę godzin zawodów.

Wracając do Ghent, dyrektorem sportowym przedsięwzięcia jest Patrick Sercu, belgijski kolarz, którego nazwisko widnieje na liście zwycięzców 11 razy, w tym 4 razy z rzędu.

Ponadto, tor w Ghent ma zaledwie 166,67 metrów, jest zatem sporo mniejszy od obecnie standardowych torów liczących 250 m.

Siły, które działają na kolarzy są dużo większe i o wiele trudniej jest utrzymać tor jazdy przy dużych prędkościach. Siła odśrodkowa po prostu wypycha cię na górę toru.

Zawody te mają też swoją mroczną historię, w 2006 roku, hiszpański kolarz, Isaac Galvez wypadł poza bandę i zmarł w drodze do szpitala.

Tu trochę więcej informacji w języku English

http://www.cyclingweekly.com/…/l…/guide-to-the-ghent-6-87922

Torowe Mistrzostwa Polski Masters 2017

Tegoroczne Torowe Mistrzostwa Polski dobiegły końca. Jak zwykle wyjątkowe.

Oczywiście zacznę od frekwencji kobiet. W tym roku, na zawody stawiło się sześć pań!

Niektórym wydawać się to może niewiele, ale biorąc pod uwagę, że dwa lata temu były dwie, rok temu 4, to to jest rekord. Przy tej liczbie pań już można się pościgać choć nadal wymaga to pewnego logistycznego zgrania i współpracy. Aby konkurencja mogła wystartować potrzebne są 4 zawodniczki.

Tak też uczyniłyśmy i tak, zamiast dwóch, pojechałam 5 konkurencji. Zabawa była przednia, chociaż ściganie na otwartym torze do lekkich nie należy. Wieje wiatr a na miejscami nierównym betonie trzęsie.

Najpierw eliminacje do sprintu czyli 200 metrów z lotu. W porównaniu z Pruszkowem, w Łodzi jest bardzo ciężko. Wiraż jest niski a kreska startu daleko. Zanim się do niej dotrze już można wytracić prędkość jaką się uzyskało na zjeździe ze ściany. Dla przypomnienia, w Pruszkowie kreska startu jest w samym środku wirażu, więc kiedy się na niej jest prędkość jest bardzo duża.

Na szczęście do mety było tego dnia z wiatrem.

Wystartowało 5 zawodniczek, awansowały cztery, w tym Ania Lindholm, która przyjechała późno (dzieci, te sprawy) i pierwszy raz na torze w Łodzi jechała już na starcie! To były jej pierwsze torowe zawody.

Następną konkurencją było 2000 metrów. Piekielnie ciężki start. Trwa to ok 3 minut i trzeba dobrze rozłożyć siły. Nie jest to moja specjalność, toteż kiedy skończyłam czułam w ustach metaliczny smak, który może oznaczać tylko to, że pojechałam mocno a i tak straciłam dobre 9 sekund do Beaty Łęszczak Balcerzak, która została Mistrzynią Polski.

Muszę przyznać szczerze, że mało obiektywny ze mnie dziennikarz i raczej zwracałam uwagę tylko na te elementy zawodów, które interesowały mnie najbardziej, i to też pobieżnie, bo jak się jest zawodnikiem to z jednej strony dużo się czeka i mało się jeździ, a z drugiej strony ciągle coś się dzieje. A to trzeba zrobić rozjazd, a to trzeba odpoczywać z nogami w górze. A to zjeść, a to kręcić, a to akurat jedzie kolega i się idzie kibicować.

Co też uczyniłam. Pierwszy jechał nasz trener Grzegorz Krejner, potem inni koledzy a ja biegałam z aparatem (zamiast leżeć z nogami do góry), ale atmosfera po prostu na to nie pozwala!

Kiedy panowie skończyli przyszedł czas na nasze sprinty. Moja ulubiona konkurencja ale tym razem nie było mi dane obronić tytułu. Po pięciu biegach i jednym błędem taktycznym skończyłam z brązowym medalem a Mistrzynią Polski została Karolina Woźniak. Szczecinianka, która ostro działa na tamtejszym welodromie. Już jej obiecałam, że za rok się odegram.

W sprintach mężczyzn działo się dużo. Czołówka to w większości przypadków dawni zawodnicy. Prawdziwe maszyny do ścigania. Było na co popatrzeć, ale najfajniejsze było to, że w przeciwieństwie do zawodów, które się ogląda z trybun, teraz zawodnicy zjeżdżali do boksów obok i można było z nimi porozmawiać! Z resztą, po trzech latach, ja się tu czuję prawie jak u rodzinki na imieninach. (Podobnie, nie wszystkich kojarzę).

Pierwszy dzień tradycyjnie zamykał się scratchem. W zeszłym roku po szalonej samotnej jeździe po wzniesieniach toru (w poszukiwaniu gór – jak to określili komentatorzy) udało mi się wygrać ten wyścig. W tym roku podobna była tylko szalona jazda. Omijałam góry, ale do kreski dojechałam ostatnia. Mistrzynią Polski została moja koleżanka Ania Lindholm Jarząbek.

Wyścig panów był niesamowity. Szalone ucieczki, pogonie, bomby i chyba dubel. Chyba, bo serio, nie pamiętam. Byłam tam, biegałam i krzyczałam, robiłam zdjęcia ale emocji było tak wiele, że nijak nie potrafię sobie przypomnieć przebiegu zdarzeń.

Niestety, kolarstwo torowe, jak z resztą każdy sport, niesie za sobą trochę ryzyka i nie obyło się bez kraks, które dodają wrażeń. Na szczęście nic poważnego, ale strachu wszyscy się najedliśmy.

Był jeszcze dzień dwa i trzy. Byłam już zmęczona i wszyscy też byli trochę zmęczeni, ale jest takie coś, że jak przychodzi twoja kolej jechać, to jakoś tak energia sama się znajduje. Zwłaszcza w konkurencjach drużynowych. Bo fajnie jest po prostu. Wsiadasz na rower i nie wiesz skąd ale masz siłę kręcić. To też kręcisz. I to jest fajne.

Znów poznałam nowych ciekawych ludzi, znów miałam okazję poleżeć na świeżej, równo przystrzyżonej trawie i znów wszędzie dookoła mnie były jakieś rowery. Przepraszam, nie jakieś. Piękne, nowe i stare, karbonowe i stalowe. Stały, wisiały, leżały. Ja się dobrze czuję w takim towarzystwie. W towarzystwie rowerów i uśmiechniętych, zmęczonych ludzi.

Po oficjalne wyniki i więcej informacji zapraszam na stronę http://mptorowe.pl/ i profil Klub Sportowy „Społem”

Zdjęcia

Pierwszy sezon treningów na torze

Wczoraj odbył się ostatni trening tego sezonu. Byłam bardzo przejęta. Nie tylko sama chciałam porządnie potrenować przed zbliżającymi się Torowymi Mistrzostwami Polski Masters ale też jakoś przyzwoicie zamknąć ten niezwykle ważny dla mnie okres.

Grupa_1

Wspominam początki, kiedy mniej więcej 4 razy na dzień zmieniałam zdanie pomiędzy “uda się” a “nie uda się”. Wielki stres, postanowienia “to musi się udać!” i “to chyba nie ma sensu”.

Kiedy przyszłam na tor na pierwsze zajęcia, udając się do wypożyczalni, żeby załatwić formalności, przeszłam obok trenera w ogóle go nie zauważając. Nigdy się wcześniej nie poznaliśmy. Siedział sobie spokojnie, czekał i uśmiechał się.

Grzegorz Krejner

Ja byłam bardzo zaaferowana. Ciągle zastanawiałam się czy się spodoba? Czy nowi się nie poprzewracają? Czy trener będzie w ogóle chciał z nami pracować i czy za tydzień znów uda się uzbierać wystarczająco dużą grupę?

Po pierwszym treningu byłam jak w transie. To się naprawdę wydarzyło. Pierwsze koty za płoty.

dziewczyny

Po jakimś czasie zaczęło przychodzić trochę więcej dziewczyn, co jakiś czas ktoś się odezwał, że słyszał o takich treningach i czy mógłby dołączyć. Ktoś kogoś polecił.

Mieliśmy nawet przyjemność gościć w roli trenera Mistrza Polski Kamila Kuczyńskiego.

Kamil Kuczyński Kamil Kuczyński

Ale esencją treningów, były same treningi. Bardzo dużo jeżdżenia, właściwie podczas półtorej godziny, z roweru schodziło się tylko na chwilę, żeby się czegoś napić.

grupa

Nie spodziewałam się, że jeździć w kółko można na tak wiele sposobów! Przyspieszenia, zmiany, jazda pod bandą, jazda dołem. Indywidualnie i w drużynie. I moja ulubiona – jazda za motocyklem.

Jeszcze nigdy w życiu nie trenowałam tak dobrze się bawiąc. Właściwie, ja w ogóle nie czuję, żebym trenowała.

motor 1

Zrobiłam małe podsumowanie i tak: Odbyły się 24 treningi, przez które przewinęło się ponad 60 osób. W tym ponad 20 osób stawiało na torze swoje pierwsze kroki. Parę osób nigdy nie wróciło, a kilkoro nie opuściło prawie żadnego treningu. Byli amatorzy, tacy jak ja, ale przyjeżdżali też byli zawodowcy, a może i przyszli zawodowcy?

motor 2

Jeśli przyjąć, że na każdym treningu robiliśmy po 25 kilometrów, to razem zrobiliśmy ich ponad 11 tysięcy!

Leszek Traczyk

Ale tor, to nie tylko waty i kilometry. To ludzie i atmosfera, jaka tu panuje. Tu wszyscy są blisko. Jak jeden drugiemu przez przypadek zajedzie drogę, to nie ma mowy o awanturach, muszą się w końcu pogodzić, bo przecież żaden nie odjedzie obrażony w siną dal. Tu jak potrzebujesz pomocy, to po prostu o nią prosisz. Początkujący mogą podpatrzeć jak jeżdżą starzy wyjadacze, a ci mogą podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Albo przynajmniej pokazać swoje rowery.

Maciej Sikora

Ten sezon już się skończył, jakoś będę musiała zagospodarować środowe wieczory. Ale ja już zaczynam myśleć o październiku, kiedy to znów się spotkamy na pierwszym treningu sezonu torowego 2017/2018.

Korzystając z okazji, chciałabym wymienić kilka osób.

Chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy uczestniczyli w tych treningach. Bez Was by ich po prostu nie było. Panu Jurkowi Brodawce, który oprócz bezbłędnego przygotowania rowerów, zawsze na czas i zawsze gotowy do zareagowania na nieprzewidziane okoliczności, był dla mnie ogromnym wsparciem i ostoją spokoju w tym całym przedsięwzięciu, Adamowi Ważnemu i Piotrkowi Jankowskiemu za wysłuchiwanie o moich zmartwieniach i pomysłach w kółko i na okrągło, ale przede wszystkim, Trenerowi Grzegorzowi Krejnerowi, którego zaangażowanie, pasja i doświadczenie sprawiły, że te treningi były tym, czy były.

Trening torowy za motocyklem

Jeśli miałabym wybrać konkurencję, w której mogłabym się ścigać na okrągło, byłby to wyścig za motocyklem.

To niesamowite uczucie, kiedy wszystko na około znika a ja chowam się za szerokimi plecami dernisty i jadę kilka centymetrów za maszyną. Pierwsze pięć rund jest względnie spokojne. Potem kierowca daje znak. Kolejne pięć będzie coraz szybsze. Motor przyspiesza łagodnie, bez szarpania. Cztery. Koncentruję się, żeby jechać jak najbliżej i jak najprościej. Nie mogę choćby na chwilę wyjść z tunelu aerodynamicznego jaki daje motocykl. Wiraż, i jeszcze trzy rundy. Nogi pracują jak tłoki. Góra, dół, coraz szybciej. Oddech głęboki ale miarowy. Trzymam sie blisko i pochylam nad kierownicą. Dwie. Zastnawiam się ile jeszcze wytrzymam aczkolwiek wciąż dobrze mi się jedzie. Wiraż. Motor kładzie się prawie poziomo, a ja za nim. Ja lecę!
Coraz trudniej utrzymać właściwy tor jazdy. Ostatnia runda. Nogi pracują jak szalone, oddech sięga samego dna płuc. Cała moja koncentracja jest na kole. Jest! Udało mi się. Całe dziesięć rund i nie strzeliłam. Widzę w lusterku jak dernista się uśmiecha. W nagrodę dostaję dodatkową rundę bonusową. Motor przyspiesza. Chwilę się jeszcze trzymam ale już nie daję rady. Powoli się prostuję i szukam ściany, żeby wytracić prędkość. Jeśli długo będę kręcić z tą kadencją zaraz wyfrunę z roweru. Jestem bardzo ujechana ale szczęśliwa.
Trenerze! To ile jechałam?
Okazało się, że pomiędzy 55 a 60 km/h.

 

Stary, to jest keirin… rozmowa z Mistrzem Polski 2016 w sprincie, Kamilem Kuczyńskim

„Wielką frajdę mi sprawia kiedy jadę i cieszę się z jazdy. To nie jest bardzo częste, ale zdarzają się chwile, że to, że się ścigam, że jadę na rowerze, naprawdę sprawia mi przyjemność, mimo, że to jest męczące i schodzę z roweru i mam ochotę tylko znaleźć kosz na śmieci, żeby wyrzucić wszystko z żołądka….”

Z Kamilem Kuczyńskim, rozmawiałam w Pruszkowie przed Mistrzostwami Świata 2017.

Rozmowa była bardziej o życiu niż kolarstwie torowym, chociaż wspomnienia z welodromów przewijały się tu i ówdzie. W końcu to 20 lat jego życia.

Jego sukces wynika z niego samego. To znaczy, z wewnątrz. Z trzewi, jak ja to lubię powiedzieć.

„Trzeba znaleźć coś, w czym jest się dobrym, co sprawia mi przyjemność. I jak już się to znajdzie, to być w tym najlepszym. I to jest przepis na to, żeby być szczęśliwym w życiu. Moja praca sprawia mi przyjemność. Jestem w tym dobry, dążę do tego, żeby być najlepszym i jeszcze dostaję za to pieniądze.”

Gdyby uczestniczył we wszystkich zawodach Mistrzostw Świata, to byłyby jego czternaste. Opuścił dwa. Przez kontuzję i różnicę zdań. Z trenerem.

„Ja chciałem trenować, a Trener kazał odpoczywać. Byłem chyba jedynym zawodnikiem w historii, który musiał się ukrywać, żeby trenować”.

Zaczynał w wieku 12 lat. Wtedy to była zabawa, ale potem ewoluowało w pracę. Jego pierwsze Mistrzostwa Świata seniorów były w 2004 roku, w Australii. Startował wówczas na kilometr. Jeden jedyny start, bez możliwości poprawy jeśli coś pójdzie nie tak. To był wielki stres.

Trwało to całe lata, ale nauczył się podchodzić do startów na luzie. Tak mu jest najlepiej. To co jest rutynowe, jest załatwiane w rutynowy sposób. Trening, przygotowania, pakowanie. Nie ma nic na ostatnią chwilę. Dwa tygodnie przed startem to zdecydowanie za wcześnie na stres.

Kiedyś próbował pracy z psychologiem sportowym, ale eksperyment był kompletną klapą. Z doskonale zaplanowanego fokusu na tu i teraz wzięło się takie chciejstwo, że zostało zupełne nic. Najgorszy start, o którym chciałby zapomnieć.

Jak reagujesz na nie wygraną?

„Lepiej do mnie nie podchodzić. Straszna złość, wybuchowa. Krzyknąć, przekląć. Aż nie zdrowe. Męczyłem i siebie i wszystkich dookoła. Obwiniałem tylko siebie, ale złość wychodziła na wszystkie strony.

Teraz jestem bardziej świadomy tego gdzie jestem fizycznie i mentalnie.

Staram się podchodzić z luzem, bo to mi wychodzi. Staram się z uśmiechem na ustach iść na start. Teraz jest inna złość. Kiedy przegrywam z własnej głupoty, a kiedy przez coś na co nie miałem wpływu.”

Jednak pasja pozostała. Kiedyś powiedział trenerowi, że jak przestanie być zły po przegranej, to niech go z kadry wywali, bo to znaczy, że mu nie zależy.

Pytam go o zawody najwyższej rangi.

Bywa różnie. W Glasgow widownia zgotowała mu wspaniałe przyjęcie, a on uśmiechał się od ucha do ucha wychodząc na start. Ktoś powiedział, że nia ma respektu dla rywala. A on po prostu cieszył się z tej energii tłumu. Innym razem spowodował kraksę i wyeliminował drugiego zawodnika z Igrzysk. Jeszcze kiedy indziej, ktoś jego przewrócił. Czasami, kiedy przed startem chce się tylko zwymiotować, sędzia mówi „spokojnie, masz tyle czasu ile potrzebujesz” a innym razem wlepiają 100 franków kary za spóźnienie na start. Raz, wraca do boksu po wygranym biegu i wszyscy się cieszą kiedy indziej ktoś machnie ręką „gratulacje”. „Ta, dzięki”.

Zdarzają się nieczyste zagrania. Jedni zawodnicy jeżdżą bardzo agresywnie, blisko, zajeżdżają drogę. “Taka taktyka, jak jesteś słabszy, przeszkodź mocniejszemu.”

Sprinty trwają cały dzień i są bardzo wyczerpujące. Również psychicznie. Jak jesteś dobry, to kilka razy w ciągu dnia stając na starcie przeżywasz ogromny stres. Po ostatniej zmianie przepisów, sprinterzy mają tylko 15 minut przerwy pomiędzy biegami.

Wracamy do Hong Kongu. To kolejny, ale bardzo ważny start dla Kamila. Jest dobrze przygotowany i co ważniejsze, bez problemów zdrowotnych. Jedyne co mu może przeszkodzić to przeciwnik albo zła taktyka.

Jakie problemy zdrowotne?

„Dwa tygodnie przed startem w Kolumbii, trenowaliśmy z Rafałem Sarneckim drużynę. Jechaliśmy za szybko jak na warunki tamtego toru. Rafałowi podcięło koło i polecieliśmy. Uderzyłem talerzem biodrowym o beton. Przez 5 dni leżałem w łóżku. Każdy krok bolał. W Cali i Los Angeles ledwo siedziałem na rowerze. Bolały plecy, bolało wszystko.”

Sport to zdrowie?

„Zawodowy sport to nie jest zdrowie. Za kilka lat będę czuł wyniszczenie organizmu, chociaż psychicznie to kocham”.

Będziemy się martwić wtedy.

„No jasne! To jest nasza praca. Akurat mam tą przyjemność, że kocham swoją pracę.”

No właśnie, 13 lat w zawodowym peletonie. Co się zmieniło? Przede wszystkim, zmienił się sam sport. Kamil wrzucił ostatnio na Facebooka porównanie czasów na 200 metrów z 2017 i 2008 roku. Zwycięzca sprzed dziewięciu laty, byłby dopiero siedemnasty. Ostatni z teraz byłby raptem siódmy wtedy.

Sprzęt poszedł bardzo do przodu, aerodynamika. Kiedyś hitem były ceramiczne łożyska, teraz łożyska mają łożyska. Można mieć tę samą moc, ale jechać szybciej.

Podejście do treningu też ewoluowało. Ale my, jako polska kadra zrobiliśmy chyba największy krok. Nie mamy najwypaśniejszego sprzętu. Kół za 50 tysięcy (czy ileś tam) nie kupuje się co i rusz, a jednak walczymy z najlepszymi. To inne kraje patrzą się na nas i zachodzą w głowę “co wy Polacy robicie, że tak dobrze jeździcie?” (na takich rowerkach chciałoby się dodać).

Gratuluję Kamilowi, bo sport tak bardzo się posunął naprzód, a on razem z nim. Jest drugi w rankingu UCI. Zgadza się ze mną, że taki sukces jest możliwy jedynie z pasji. Nie dałoby się go sztucznie wykreować.

“W kolarstwie nie ma ludzi, którzy tu są dla pieniędzy. Tu wszyscy są dlatego, bo to kochają. To nie jest praca, która pozwala mi żyć na wysokim poziomie. Jest start w igrzyskach, jest fajnie, ale na mieszkanie musiałem wziąć kredyt i pomału go spłacam, ciułam. W lepszych chwilach jest ok ale nie zawsze wystarcza. Były czasy, że stypendium przychodziło dopiero w czerwcu, albo lipcu. Trzeba było sobie jakoś radzić”.

Gdy zaczynał w wieku 12 lat, trener go zapytał “czy na pewno chcesz być w życiu kolarzem? Czy ty wiesz, co to w ogóle znaczy? To nie piłka nożna, że sobie staniesz, odsapniesz jak sędzia zagwiżdże. Tu dostajesz sygnał do startu i wtedy jedziesz na tyle ile masz siły i tylko od ciebie zależy jak mocno będziesz jechał i jak długo będziesz jechał tak mocno. I możesz dać z siebie wszystko i możesz wygrać, a możesz dać z siebie wszystko i nie wygrać, i możesz powiedzieć sobie, stop i nie wygrasz, a możesz jechać bardzo mocno do samego końca i też nie wygrasz.”

I tak jest w życiu.

“Życie jest pełne rywalizacji. Nie dostaje się medali za start. W życiu nie możesz być kim chcesz ot tak. Przyjdziesz do pracy – chcesz być prezesem? Proszę, jesteś prezesem. Nie wszystko się udaje. Nie ma opcji wygraj, wygraj. Sport tego uczy, taki prawdziwy sport.”

Bardzo podobają mi się te proste zasady. W świecie korporacji, w którym spędziłam 11 lat to wszystko wydaje się dużo bardziej zamglone. Ale ja wolę wrócić na tor.

Kto jest twoim torowym idolem?

“Kiedy zaczynałem nie miałem idola, ale potem w młodziku to oczywiście Grzegorz Krejner. Obaj jeździliśmy w Żyrardowie i mijaliśmy się. A teraz bardzo szanuję Theo Bossa. Kiedy podczas Igrzysk w Pekinie przewróciłem się ciągnąc Theo za sobą on powiedział “Nie ma sprawy, to jest keirin”.

Jakiś czas później, Kamil miał okazję powiedzieć tak do innego zawodnika, który jego przewrócił.

Kamilu, marzy mi się, że kiedyś w Polsce, będą takie imprezy, jak sześciodniówki, one nawet nie muszą trwać sześciu dni, ale, wiesz, z muzyką, ze światłami. Na śródtorzu będą siedzieli VIPy przy stolikach, kelnerzy będą serwować drinki a piękne kobiety będą trzymały kaski z których zawodnicy będą losować numery startowe. Czego ty byś chciał dla polskiego kolarstwa torowego?

“No, mi też się marzą takie imprezy, tylko ja chciałbym w nich uczestniczyć”.

I tego sobie życzymy.

Kamil w tych mistrzostwach pojedzie w sprincie indywidualnym, drużynowym i na 1 km. a ja chyba zjem paznokcie ze stresu kibicując mu przed telewizorem.