„Jestem leniuchem” rozmowa z Urszulą Łoś, Mistrzynią Polski 2018 w sprincie

Ulę poznałam podczas Grand Prix Polski. Było mi trochę głupio, ponieważ bez kasku i numeru startowego nie wiedziałam z kim rozmawiam. Na szczęście wybawiła mnie z sytuacji przedstawiając się z uśmiechem.

Fot: Kamila Zawadzka „Kamila fotografuje”

Drobna, wygląda bardziej na zawodniczkę średniego dystansu niż sprinterkę ale w domu ma ponad dwadzieścia koszulek Mistrza Polski i jeszcze więcej medali w sprinterskich konkurencjach właśnie.

2008 roku zaczęła jeździć na szosie. Ówczesny trener, Grzegorz Ratajczyk kazał jej pójść do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Żyrardowie i zgłosić się do trenera Daniela Meszki, do sprintu właśnie. Tak to się mniej więcej zaczęło. Obecnie jest zawodniczką ALKS Stali Grudziądz.

Kiedy rozmawiamy, Ula jest posiadaczką rekordu Polski na 500 metrów, który zdobyła podczas Mistrzostw Europy 2018.

Fot; onet.pl Ula na Mistrzostwach Europy 2018 w Glasgow

„Co dla ciebie znaczy ten rekord?”

„To było bardzo miłe, znaczyło, że mogę się pojawić w światowej czołówce”.

Ula nie ma jeszcze medalu w elicie z zawodów międzynarodowych, ale ostatnio poczyniła ogromne postępy.

„Dwa lata temu to jeszcze była przepaść, ale teraz jest o wiele lepiej. Teraz wiem, że w biegu mogę decydować i nie jest tak, że ktoś mi go rozstawia”.

Co to znaczy rozstawiać komuś bieg można się przekonać oglądając w internecie filmy z pojedynków sprinterskich. Oglądając je widać jak wysoki jest poziom kobiecego sprintu. W tej “królowej konkurencji” trzeba się nie bać, trzeba dysponować ogromną siłą i wytrzymałością. Trzeba myśleć i w ułamku sekundy potrafić wykorzystać nadarzającą się okazję. To, co kolarze tam wyprawiają wstrzymuje oddech kibiców niejeden raz.

Fot; Kamila Zawadzka „Kamila fotografuje”

Gawędzimy sobie dalej, ja zadaję dość standardowe pytania, “kto cię inspiruje, który wyścig wspominasz najbardziej” ale z Ulą rozmowa taka prosta nie będzie.

„Moim idolem? Wiedziałam, że o to zapytasz. Prawda jest taka, że ja nie mam idola, nie inspiruję się jedną osobą. Obserwuję i wiem kto jak jeździ. Staram się brać ich doświadczenie i przekładać to na siebie”.

„Czy jest jakaś zawodniczka, którą szczególnie chciałabyś pokonać?”

„Każdą”

Obie wybuchamy śmiechem. W sumie, po co się ścigać jak się nie chce kogoś pokonać?

„No a jakieś zawody?”

„Ja na zawodach robię swoje i wychodzę. Na torze jest głośno, są światła. To wszystko męczy. Wolę w pokoju odpocząć, obejrzeć serial albo zawody w telewizorze”

„A co cię motywuje?”

“Chcę z dnia na dzień być coraz lepsza. Chcę pokazać, że mnie na to stać”

Wracamy do sprintu

„Czy nie myślałaś, żeby spróbować innej dyscypliny?”

„Próbowali mnie namówić na średni dystans, ale ja nie lubię po 4 godziny po szosie jeździć. Wolę raz a mocno”

To, że Ula lubi robić to co robi widać kiedy się ją ogląda na rowerze. Pewna siebie, opanowana. Nie boi się ryzykownego zagrania, jakich w pojedynkach sprinterskich pod dostatkiem.

Fot: Kamila Zawadzka „Kamila fotografuje”

„Ula, jaki jest ten sprint kobiecy na świecie?”

„Trzeba sobie uświadomić, że Polska nigdy dotąd nie była w światowej czołówce. My dopiero zaczynamy stawiać pierwsze kroki. Ale wiemy, które dziewczyny jeżdżą tak samo i wiedząc to, możemy to wykorzystać. Dobrze się czujemy w olimpijce” (sprint drużynowy przyp. red.)

Ula nie chce zdradzać swoich marzeń. To jej marzenia, ale przyznaje, że chciałaby pojechać na Igrzyska Olimpijskie. Byłaby pierwszą polską sprinterką. Ma wszelkie przesłanki, żeby to się spełniło. Wie czego chce i do tego dąży. Pomimo, iż jej rodzinny dom jest na miejscu, zdecydowała się przez trzy lata zamieszkać na torze.

„Chciałam przeżyć to na 100% być jak na zgrupowaniu”

Niestety, nie wyszło jej na dobrze. Dobrze wspomina dzielenia pokoju z Kasią Kirchenstein, ale psychicznie bardzo ją to męczyło. Teraz przyjeżdża na tor, robi trening i wraca do siebie. Kiedy ją pytam co lubi robić prywatnie, mówi, że odpoczywać.

„Jestem leniuchem. Ja lubię ciepłe kapcie, gorącą herbatkę i dobry serial”.

To nic dziwnego jak ktoś zaczyna dzień treningiem o 7 rano a potem jeszcze powtarza to 2 razy. Bo prawda jest taka, że nie ma zbyt wiele wolnego czasu.

„Czasami spotkam się ze znajomymi, lubię coś poczytać, najbardziej kryminały. Ostatnio nawet się zastanawiałam czy nie pójść na kryminologię.”

Zadaję ostatnie pytanie

„Co spowoduje, że wyjdziesz zadowolona z Mistrzostw Polski?”

„Jak zdobędę Mistrzostwo, nieważne, w jakiej konkurencji”


Nasza rozmowa odbyła się dzień przed zawodami a kiedy to piszę, jest już po Mistrzostwach. Ula zdobyła nie jeden, ale trzy tytuły Mistrza Polski, w sprincie indywidualnym, w keirinie i na 500 metrów. Ustanowiła kolejny rekord Polski, tym razem na 200 metrów.

To dobry prognostyk, bo na dniach Ula wylatuje do Paryża na pierwszą edycją Pucharu Świata.

Fot: Kamila Zawadzka „Kamila fotografuje”

 

„Chciałbym lubić jeździć kilometr” – rozmowa z Rafałem Sarneckim

Miałam przyjemność spotkać się dzisiaj na torze i chwilę porozmawiać z Rafałem Sarneckim, jednym z czołowych polskich sprinterów.

Nasze spotkanie odbyło się w dość niefortunnym momencie, ponieważ dzień wcześniej Polski Związek Kolarski odwołał Mistrzostwa Polski. Tydzień przed ich rozpoczęciem.

„Rafał, co to dla ciebie znaczy?”

„Jest mi przykro.”

Ogólnie od jakiegoś czasu w Związku nie jest ciekawie, brakuje funduszy, decyzje nie są podejmowane aż do ostatniej chwili, a teraz część zarządu zrezygnowała.

„To dla nikogo nie jest miłe. Ja i tak bardzo lekko do tego podchodzę. Wydaje mi się, że dla niektórych to duże obciążenie.”

Po sześciu latach w kadrze narodowej zdążył się już udopornić na różne rzeczy, które dla mnie są szokujące. Ale może tacy właśnie są sportowcy.

Start w Mistrzostwach Polski miał być ostatnim sprawdzianem jego formy przed Pucharem Świata.

„Na treningach nie da się wprowadzić organizmu na takie obroty jak na zawodach. Nie da się sprawdzić swojej dyspozycji.”

Rafał od początku swojej kariery kolarskiej, czyli 2007 roku jest zawodnikiem klubu Stal Grudziądz. Takie przywiązanie nieczęsto się zdarza. Jest typowym sprinterem, jeździ tylko na torze. Kilkakrotnie był Mistrzem Polski, ma też srebrny medal Mistrzostw Europy, ale za swoje największe osiągnięcie uważa siódme miejsce w sprincie drużynowym na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro, w 2016.

„Rafał, jesteś sprinterem torowym, nie ścigasz się na szosie. To jak wygląda twój rok?”

Jako sprinter, Rafał ściga się cały rok. Bierze udział w ok. dwudziestu zawodach.

„Na zawodach letnich zbieramy punkty, aby móc wystartować w Pucharze Świata. A w Pucharze Świata, musimy się ścigać, żeby zdobyć kwalifikację na Mistrzostwa Świata i Igrzyska Olimpijskie. Do tego dochodzą jeszcze imprezy komercyjne, np. Sześciodniówki i Revolution Series. Raz byłem na takiej imprezie w Medellin w Kolumbii. Trzy dni ścigania dla czystej przyjemności. Jak towarzyskie mecze piłki nożnej.”

„Sezon zaczyna się od Mistrzostw Europy, ale w tym roku sezon zaczął się wyjątkowo, bo już w sierpniu. Impreza w tej formule odbywała się po raz pierwszy. Prawie wszystkie dyscypliny brały w tym udział. Miało nas to przygotować do atmosfery jaka panuje na Igrzyskach. I to się sprawdziło. Wszędzie byli reporterzy a relacja w telewizji trwała przez cały dzień.”

Teraz miały być Mistrzostwa Polski, 4 dni przerwy i pierwszy Puchar Świata, potem znów 4 dni przerwy i drugi Puchar. Pucharów jest w sumie sześć. Do lutego a potem Mistrzostwa Świata mniej więcej w marcu albo kwietniu.

„A co robicie po sezonie?”

„No właśnie. Nasz sezon nigdy się nie kończy i nigdy nie zaczyna”.

Mają 2 miesiące w roku odpoczynku ale to jest aktywny odpoczynek.

„Chodzę na siłownię, biegam, pływam. Nie można się położyć i leżeć, bo po tygodniu serducho zaczyna wariować. Trzeba się powoli wyciszać.”

Jest jeszcze bardzo wiele rzeczy, których nie wiem o sporcie. Niestety, od słowa do słowa rozmowa znów wraca na problemy.

„Robią się afery. Dziennikarze trochę koloryzują, ale piszą też sporo prawdy, ale potem komentują osoby, które nie wiedzą jak jest. Zaczyna się robić afera, która wszystkich dotyczy. Zawodników to naprawdę dotyka.”

„A ciebie?”

„Mnie to śmieszy, ale dla każdego ma to jakieś konsekwencje. Bezpośrednio to dotyka sztabu szkoleniowego, a jak oni są niezadowoleni to musi się odbić na nas.”

Ja nie wyobrażam sobie trenowania w takich warunkach, ale Rafał twierdzi, że z każdą kolejną sytuacją człowiek się uodparnia, a ja po raz kolejny myślę, że kolarze to nadludzie.

Udaje nam się wrócić do sportu. Pytam go, jak utrzymuje motywację robiąc od sześciu lat to samo, przez cały rok?

„Nie zdobyliśmy jeszcze najwyższych celów w kolarstwie.”

Mówi o szkoleniu centralnym, o tym, że trenując razem wszyscy się wzajemnie napędzają. Osobno nie daliby rady.

„Mamy potencjał zdobywać medale olimpijskie. Mamy takich zawodników.”

Niestety, polscy zawodnicy jeżdżą na pięcio, nawet siedmioletnich rowerach. Zamiast wyjeżdżać na zgrupowania do Australii czy chociażby Zakopanego, muszą zadowolić się torem w Pruszkowie.

„Wszędzie gdzieś brakuje”

Pytam go o jego preferencje.

„Chciałbym lubić jeździć kilometr.”

Oboje wybuchamy śmiechem. “Chciałbym lubić – to ładne”. Jego domeną jest sprint drużynowy, w tej dyscyplinie zdobył srebro Mistrzostw Europy i czwarte miejsce na Mistrzostwach Świata. Ale lubi też sprinty indywidualne. Wielokrotne stawanie do biegów zamiast męczyć, motywuje go, bo

„Każdy kolejny start znaczy, że jesteś coraz wyżej.”

Tu nasza rozmowa się kończy. Pomimo, że zbliżające się Mistrzostwa Polski zostały odwołane, kadra wciąż trenuje. Przecież zaraz jest Puchar Świata, a kolega akurat szuka koronki jedenastki i Rafał musi iść mu pomóc.

Schodząc na płytę toru, dowiadujemy się, że Mistrzostwa Polski jednak się   odbędą. Od razu rzucam się na internet, ale tam nie ma żadnej potwierdzonej informacji. “Na pewno?” pytam się. “Na pewno” słyszę i widzę kiwanie głową.

No dobrze. Nawet jak na świat kolarstwa torowego, to dość niezwykła sytuacja. Ale ważne, że będą.

Dziękuję Rafałowi i się żegnam. Jeszcze wrócimy do tej rozmowy.

Olimpijska kolarka Kristina Vogel o następstwach swojego okropnego wypadku

“Przepraszam, zwykle nie płaczę”.

Okropny wypadek dwa miesiące temu pozostawił mistrzynię olimpijską w sprincie, Kristinę Vogel lat 27 sparaliżowaną. W wywiadzie z DER SPIEGEL, pierwszy raz mówi o tym co się wydarzyło i o bezcelowości pytania “dlaczego ja?”

Wywiad przeprowadziła Antie Windmann

Maurice Weiss / DER SPIEGEL, Medalistka olimpijska Kristina Vogel w Berlinie

Kristina Vogel, dwukrotna mistrzyni olimpijska i jedenastokrotna mistrzyni świata, jest jedną z najbardziej utytułowanych kolarek torowych wszechczasów. 26 czerwca jadąc z prędkością sześdziesięciu kilometrów na godzinę po betonowym torze w Chociebużu (Cottbus) zderzyła się z młodym Holendrem, który ćwiczył start z pozycji zatrzymanej. W wyniku kolizji jemu nic się nie stało za to Vogel owszem. Z poważnymi uszkodzeniami kręgosłupa została przetransportowana drogą lotniczą do berlińskiego szpitala. Przez kilka miesięcy tylko jej rodzina i najbliżsi wiedzieli w jakim jest stanie. W wywiadzie z DER SPIEGEL po raz pierwszy opowiedziała o skali skutków jej wypadku. Została sparaliżowana.

DER SPIEGEL: Pani Vogel, co pani pamięta z dnia wypadku?

Vogel: To był zwykły dzień jak każdy inny. Słońce świeciło. Miałam kilka rzeczy zaplanowanych. Chcieliśmy potrenować, po południu pojechać na gokarty a wieczorem pójść do baru na koktajl. Były urodziny mojego kolegi z drużyny, Maxa Levy’ego.

DER SPIEGEL: Ale rzeczy potoczyły się inaczej. Co się wydarzyło?

Vogel: Trenowałam z koleżanką z drużyny Pauline Grabosch, robiłyśmy sprinty — ona była przede mną, obie w pozycji aerodynamicznej. Wtedy ona zeszła ze zmiany a ja wyszłam na prowadzenie i wtedy wszystko zrobiło się czarne, głęboko czarne. Następną rzecz jaką pamiętam to odzyskiwanie przytomności na torze.

DER SPIEGEL: Jak się pani obudziła?

Vogel: Leżałam z głową w dół na środku toru, w dość stabilnej pozycji na boku. Moją pierwszą myślą było “oddychaj, oddychaj, opanuj się”. I wtedy “Nie, proszę nie znowu! Już miałam poważny wypadek w 2009”.

DER SPIEGEL: Co było dalej?

Vogel: Widziałam jak wszyscy do mnie biegną. Wtedy wiedziałam, że to był duży wypadek. I wtedy poczułam ucisk, taki wielki, wielki ucisk.

DER SPIEGEL: Jaki ucisk?

Vogel: Jakby całe moje ciało spuchło. Wszystko było na mnie za ciasne, zwłaszcza moje buty do ścigania. Są dokładnie dopasowane, żeby optymalnie przenosiły siłę. Powiedziałam “Zdejmijcie mi buty, tylko zdejmijcie mi buty”. To chwilę trwało, bo mają specjalne sznurowanie. I potem zobaczyłam jak ktoś odchodzi z moimi butami. Ale nie czułam jak mi je zdejmowali. Natychmiast stało się dla mnie jasne, że to koniec. Teraz jestem sparaliżowana. Nie będę mogła więcej chodzić.

DER SPIEGEL: Nie spanikowała pani?

Vogel: Nie, myślałam tylko: “Musisz być spokojna, lekarze już idą, zaraz ci pomogą”.

DER SPIEGEL: Kto był wtedy z panią?

Vogel: Koledzy z drużyny, Max Dörnbach i Max Levy. On trzymał mnie za rękę. I pamiętam jak mówiłam do niego “Nie zostawiaj mnie tu samej. Zostań ze mną”. Potrzebowałam trzymać czyjąś rękę kiedy starałam się zrozumieć co się stało, co było ze mną nie tak.

DER SPIEGEL: Bolało panią coś?

Vogel: Było bardzo trudno oddychać. Ale powiedziałam sobie: “nie płacz, bądź silna, odpręż się”. Prawdziwy ból poczułam kiedy ratownicy położyli jakąś dmuchaną poduszkę pode mnie, żeby mnie przenieść na nosze. I jazda karetką po bruku była okropna. Bardzo bolała.

DER SPIEGEL: Co się potem stało?

Vogel: Błagałam, żeby dali mi coś na uspokojenie. Potem wszystko było już jak za mgłą. Wiem, że zostałam zabrana do szpitala w Chociebużu, że mój partner Michael (były kolarz torowy Michael Seidenbecher) tam był. Podobno powiedziałam mu “kończę z tym sportem, mam już dość”. Następne co pamiętam to jak byłam wkładana do śmigłowca ADAC (niemiecki automobil klub) i myślałam sobie “dzięki Bogu jestem członkiem ADAC Plus, nie będę musiała za to płacić”. Co za myśl! Czasami ludzie są głupi, prawda?

DER SPIEGEL: Potem została pani przetransportowana do szpitala w Berlinie (Berlin Trauma Center).

Vogel: Z tego pamiętam tylko dwie, może trzy rzeczy. Pamiętam jak byłam w helikopterze, pamiętam jak mnie pchali na noszach przez korytarz i potem tylko pamiętam co się działo kiedy już mnie wybudzono ze śpiączki farmakologicznej, dwa dni po pierwszej operacji.

DER SPIEGEL: Jak to było się obudzić?

Vogel: Wszystko bardzo bolało. Moja mama i Michael tam byli. Jemu nawet nie wolno było trzymać mnie za rękę ani mnie pogłaskać. Nawet nie mogę tego opisać. Byłam kompletnie pochłonięta w bólu. Potem dość szybko mi powiedzieli, że jestem sparaliżowana. Ale ja to już wiedziałam.

DER SPIEGEL: Kto panią o tym poinformował?

Vogel: Miałam zamknięte oczy przez kilka pierwszych tygodni. Tylko rozpoznawałam głosy. To chyba był sam ordynator. Ale już nie pamiętam jak i co dokładnie powiedział.

DER SPIEGEL: Nawet jak już miała pani świadomość powagi kontuzji, jak ciężko było usłyszeć to od lekarza?

Vogel: Dobrze, że jeszcze na torze sama sobie z tego zdałam sprawę, więc wiadomość nie zaskoczyła mnie kompletnie. Ale oczywiście “do bani”. Nie ma na to innych słów. Do bani. Nie ważne jak to się powie, już nigdy nie będę chodzić. I tego się nie zmieni. Ale co mam zrobić? Zawsze myślę, że im szybciej pogodzisz się z nową sytuacją tym lepiej sobie z nią poradzisz. To mówię sobie: “Ok, teraz będzie tak” i muszę zobaczyć jak mogę dalej żyć, co mogę z tego wyciągnąć.

DER SPIEGEL: Gdzie dokładnie straciła pani czucie?

Vogel:Mój kręgosłup jest uszkodzony na siódmym kręgu piersiowym — czyli mniej więcej od klatki piersiowej w dół. Granica, od której nic nie czuję jest płynna. Zaczyna się trochę niżej po lewej stronie niż po prawej.

DER SPIEGEL: Co pani czuje gdy dotyka nóg?

Vogel: Czuję skórę, ale nie ma odpowiedzi. Moje nogi nie czują dotyku. Trudno to opisać.

DER SPIEGEL: “Dlaczego ja?” Jak bardzo ciąży to pytanie gdy coś takiego przytrafia się właśnie tobie?

Vogel: Są pytania, które w żaden sposób nie pomagają iść na przód — emocjonalnie, mentalnie i sytuacyjnie.  Dla mnie “dlaczego ja” to jest właśnie takie pytanie. Jest jak jest.

DER SPIEGEL: Jest pani osobą religijną?

Vogel: Jestem ochrzczona i byłam u komunii ale nie jestem wierząca. Moja mama jest. Kiedyś powiedziała, że Bóg daje ci tylko tyle zadań ile jesteś w stanie wykonać. Idąc tym tokiem myślenia, Pan w niebie miał na mnie jakiś plan.

DER SPIEGEL: Jakie były największe przeszkody, które musiała pani pokonać od wypadku?

Vogel: Przez pierwsze dwa tygodnie musiałam walczyć ciężej niż kiedykolwiek. Żeby przetrwać. Potem miałam drugą operację i bardzo agresywne zapalenie płuc. Wiele razy byłam przenoszona w stan śpiączki farmakologicznej na kilka dni. Wszystko mnie bolało — i nie ma słów, żeby to opisać. Lekarze musieli się sporo natrudzić, żeby przystosować mnie do środków przeciwbólowych. Mój organizm chłonął leki jak gąbka. Ale nie mogli mi też dawać ich za dużo, bo by mi sparaliżowało płuca. Czasami naprawdę myślałam, że umrę. Ale powiedziałam sobie: “teraz nie możesz się poddać. Musisz wytrwać (zaczyna płakać i wyciera palcami łzy). Przepraszam. Zwykle nie płaczę.

DER SPIEGEL: Mówiła pani o drugiej operacji.

Vogel: Ta też miała na celu usztywnienie mojego kręgosłupa. Musieli dostać się tędy, po prawej stronie, przez żebra. I teraz mam tam metalowe pręty, więc na pewno będę piszczeć na lotnisku.

DER SPIEGEL: Kiedy był pierwszy moment gdy pomyślała sobie pani, że jakoś to będzie?

Vogel: Moim pierwszym dużym światełkiem była miska jagód, kiedy po raz pierwszy mogłam znów samodzielnie jeść. Moja siostra położyła miskę na moim brzuchu i potem jadłam ze smakiem jedną po drugiej. To były najsmaczniejsze jagody jakie kiedykolwiek jadłam. Drugi przebłysk był po drugiej operacji, kiedy fizjoterapeuci posadzili mnie na krawędzi łóżka i Michael mógł mnie po raz pierwszy wziąć w ramiona.

DER SPIEGEL: Czy poczuła pani wtedy, że powoli odzyskuje kontrolę nad swoim życiem?

Vogel: Właściwie było raczej odwrotnie. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo jestem sparaliżowana. Nie miałam w ogóle siły i siedziałam tam jak niemowlę a głowa mi latała na boki. Górne kręgi szyjne były połamane, więc miałam kompletnie niestabilną szyję.

DER SPIEGEL: Jakie były następne kroki?

Vogel: Że mogłam trzymać się pionowo na łóżku i obracać na boki. Mycie zębów. Mycie górnej części ciała. I oczywiście przeniesienie mnie na zwykły oddział po operacji obojczyka. Z dala od dużego sprzętu i ciągłego monitorowania.

DER SPIEGEL: Kiedy po raz pierwszy usiadła pani na wózku inwalidzkim?

Vogel: 19 lipcas, trzy tygodnie po wypadku. Przypięta pasami, żebym się nie przewróciła. To było szybkie ale ja chcę po prostu iść naprzód. Czasami leżę w łóżku i po kryjomu ćwiczę z taśmą Theraband (śmiech)

DER SPIEGEL: Nie mówi pani poważnie.

Vogel: Tak! Nie ćwiczę mięśni ani nic, ale przynajmniej coś robię. Po prostu leżeć tam, czekać aż ktoś cię przekręci z lewej na prawą co parę godzin. Nie mogę tego znieść. Zawsze mówię wszystkim: “muszę iść, mam spotkania, muszę iść” (znów się śmieje).

DER SPIEGEL: Cierpliwość nie jest pani mocną stroną.

Vogel: Lekarze tu szybko się o tym przekonali. Są zdziwieni jak szybko radzę sobie z niektórymi rzeczami.

DER SPIEGEL: Wydaje się pani bardzo pozytywnie nastawiona. Na ile to jest prawdziwe?

Vogel: Zawsze byłam przekonana, że pozytywne myślenie wpływa na ciało. Ja po prostu próbuję robić rzeczy. Żeby sprawdzić co działa a co nie. Jak to się mówi? Robić, to chcieć, ale bardziej. Ale oczywiście, zdarzają się chwile, kiedy mam pięć minut i może być bardzo ciężko i jestem po prostu załamana. Ale mówię sobie: “nie płacz”. Zwykle dzwonię do przyjaciół kiedy to się zdarza.

DER SPIEGEL: Po pani wypadku, koledzy z drużyny zaczęli kampanię wspierającą  — #staystrongkristina i zebrali 120,000 euro dla pani. Co to dla pani znaczy?

Vogel: To bardzo dużo znaczy. Chociaż na początku kiedy o tym usłyszałam, trochę się zaniepokoiłam. Pomyślałam: “świetnie, teraz będą robić z tego szum a potem uzbierają 500 euro”. To jak zapraszanie ludzi na wielkie przyjęcie a potem nikt nie przychodzi. To uwłaczające. Ale kiedy zaczęło do mnie docierać co tam się dzieje, to było niesamowite. Zdać sobie sprawę jaką jest się ważną osobą dla innych, ile mają dla ciebie współczucie (znów wyciera łzy). Szkoda, że trzeba ulec wypadkowi, żeby się o tym przekonać.

DER SPIEGEL: Pani koledzy z drużyny, Max Levy and Max Dörnbach, którzy byli z panią gdy wydarzył się wypadek zaczęli tę kampanię.

Vogel: Oni tam byli. Ta akcja chyba pomogła im poradzić sobie z tym co się wydarzyło i nie czuć się bezsilnie. Równie dobrze mogę wykorzystać te pieniądze na specjalny samochód i fajny wózek z karbonowymi obręczami (śmieje się)

DER SPIEGEL: Po wypadku został wydany zakaz wypowiadania się w mediach o pani stanie zdrowia. Nikt nie wiedział jak się pani naprawdę miewała. Dlaczego tak?

Vogel: Żebym mogła sama się trochę podleczyć. Nie chciałam, żeby ktoś mnie widział tak poranioną. Teraz jestem w miejscu, gdzie mogę powiedzieć: “Jestem tu i mam się dobrze. Wciąż tu jestem i wciąż jestem tą samą szaloną dziewczyną”. Chcę być motywacją dla innych. Nie ważne co przyniesie ci los, życie toczy się dalej — w moim przypadku na czterech kołach zamiast dwóch. Teraz moje ręce są również moimi stopami.

DER SPIEGEL: Jak z pani paraliżem radzi sobie rodzina i przyjaciele?

Vogel: Mam bardzo silną rodzinę, która bardzo mnie wspiera. I Michael jest moją Skałą Gibraltarską. Podczas moich pierwszych dni na OIOMie spał obok na krześle, wariat. Nie wiem skąd on czerpie siłę. To jest drugi raz jak musi przez to przechodzić.

DER SPIEGEL: W 2009 roku miała pani innych poważny wypadek. Co się wtedy wydarzyło?

Vogel: Byłam na rowerze, w drodze do domu i ktoś wymusił na mnie pierwszeństwo. Nie mogłam odbić i wpadłam przez boczne okno. Straciłam pięć zębów i od tamtej pory mam sztuczne. I blizny na twarzy. W zasadzie to już wtedy powinnam zostać sparaliżowana ponieważ miałam złamany piąty krąg piersiowy. Ale uratowały mnie silne mięśnie grzbietu. W porównaniu z tym, wydaje się względnie niepoważne.

DER SPIEGEL: Jak szybko wróciła pani na rower po tamtym wypadku?

Vogel: Cztery tygodnie spędziłam w szpitalu i trzy miesiące na rehabilitacji. Potem, w marcu 2010 roku pojechałam swój najlepszy występ na mistrzostwach świata. Wtedy, nie chciałam, żeby człowiek, który wymusił na mnie pierwszeństwo decydował o moim losie. Więc mogłam zrobić tylko jedną rzecz. Wsiąść na rower i cała na przód. Kiedy wybudziłam się ze śpiączki od razu zapytałam o mój rower.

Kristina Vogel zdjęcie archiwalne 2012

DER SPIEGEL: Widziała pani rower, na którym miała ostatni wypadek?

Vogel: Nie, ale chciałabym, aby lepiej zrozumieć jak poważne było zderzenie. Na pierwszych prześwietleniach mój kręgosłup wygląda jak składany stolik z ikei. Mam dużo szczęścia, że żyję i, że mam w pełni sprawne ręce. Mogłam być sparaliżowana od szyi w dół.

DER SPIEGEL: Czy ma pani już jakieś plany na przyszłość?

Vogel: Przez całe życie miałam plan na pięć lat. Teraz, po raz pierwszy nie mam żadnego — i to jest dobra rzecz. Najpierw muszę się pogodzić z moim paraliżem. Też nie wiem co chcę dalej robić. Moja firma – Policja Federalna, bardzo mnie wspiera i przedstawiła mi kilka opcji pracy możliwej z moją niepełnosprawnością. Patrole z bronią już nie wchodzą w grę. Ale cieszę się, że jestem w służbie obywatelskiej na całe życie.

DER SPIEGEL: W pani przypadku, pojawi się pytanie, kto ponosi winę za pani wypadek.

Vogel: Nie wiem kto stał gdzie, kiedy i jak. Więc ja nie mogę nikogo winić. Ale oczywiście, tą sprawą też się zajmą. Co wiem, to to, że na torze było tysiące niebezpiecznych sytuacji. Podczas jednych mistrzostw świata, ktoś podczas rozgrzewki wprowadził na tor bramkę startową, duży metalowy przyrząd. Ja jechałam 70 km na godzinę i tylko zdążyłam pomyśleć: “ok, gdzie teraz?”. Było bardzo blisko. W Kolumbii, René Enders wyszedł z zakrętu przy prędkości 80 km/h a tam ktoś stał ze szczotką. Gdyby się zderzyli zginąłby. Takie rzeczy się zdarzają,  a nie powinny. Może to jest moje powołanie w życiu. Upewnić się, żeby to, co mnie spotkało nigdy więcej się nie powtórzy. W tym sensie, może rzeczywiście mam jakiś mały plan.

DER SPIEGEL: Czy po takiej niebezpiecznej sytuacji, nie ma strachu przed ponownym wejściem na rower?

Vogel: Jeśli boisz się gdy jesteś na torze, to robisz niewłaściwą rzecz. To jest ciężki sport. Czasami trzeba odchylić łokcie, żeby móc kogoś wyprzedzić. Nie wygrałabym żadnego sprintu gdybym miała w sobie strach.

DER SPIEGEL: Jak się zaczęła pani przygoda z kolarstwem?

Vogel: W szkole podstawowej wisiał plakat zapraszający do klubu kolarskiego. Zapisałam się z dwiema koleżankami, robiłyśmy pierwsze kółka na torze. Podobały mi się pojedynki i chciałam być najszybsza nawet wtedy.

DER SPIEGEL: Jest sport Paraolimpijski — czy rozważa pani tę opcję?

Vogel: Nie wiem czy chcę wracać do wyczynowego sportu i nawet jeśli, to w jakiej dyscyplinie. To nie jest pytanie, które sobie w tej chwili zadaję. Jeśli nie wiem co właściwie mogę robić, skąd mam wiedzieć co mnie będzie pasjonować? Właściwie, to teraz porównuję siebie do niemowlęcia, które musi nauczyć się samodzielnie przewracać i siadać. I to miłe, że mogę mieć na to czas. Pierwszy raz w swoim życiu nie muszę niczego robić. Mogę po prostu być. To jest sytuacja, którą chcę się cieszyć. W skrócie, po raz pierwszy jestem wolna.

DER SPIEGEL: Kiedy wyjdzie pani ze szpitala?

Vogel: Moim ambitnym celem jest być w domu do końca roku.

DER SPIEGEL: Od czego to zależy?

Vogel: Muszę móc się sobą samodzielnie zajmować — na przykład samodzielnie się ubrać albo wsiąść i zsiąść z wózka. Nasz dom również musi zostać dostosowany — łazienka, kuchnia i jakieś rozwiązanie do schodów. Chcę jak najmniej musieć polegać na czyjejś pomocy. Ponieważ, tak, nie będę móc już chodzić, ale najgorsze to być od kogoś zależnym.

DER SPIEGEL: Pani Vogel, dziękujemy za ten wywiad

Wywiad tłumaczony z http://www.spiegel.de/international/germany/olympic-cyclist-kristina-vogel-left-paralyzed-by-june-accident-a-1227200.html

Czy Warszawa może znów mieć tor?

Ostatnimi czasy w warszawskim środowisku kolarskim coraz częściej mówi się o rewitalizacji praskiego toru kolarskiego „Orzeł”.

Tor obecnie, co tu dużo mówić, znajduje się w ruinie, ale jak to ładnie ujął Stefan Gardawski, prezes stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze”, – Ale stoi.

 

Pojawił się cień nadziei, że mamy szansę to ocalić – czyli nie dać zrównać z ziemią.

W mediach pojawiają się pierwsze artykuły  a po wpisaniu hasła „tor kolarski orzeł” na You Tubie  można obejrzeć „najnowsze produkcje”.

A TERAZ DO RZECZY

Można pomóc. A nawet w imieniu Organizatorów, proszę pomóżcie.

Pierwszym krokiem, jest zorganizowanie Konsultacji Społecznych. Wymogiem jest 1000 podpisów.

Zbieramy te podpisy w trybie pilnym, zanim przyjdą deweloperzy z walizką pieniędzy i tyle z toru zostanie. (Warunkiem koniecznym jest bycie mieszkańcem Warszawa – tzn. posiadać prawo wyborcze w Warszawie).

Udaj się do jednego z miejsc zbierających podpisy, albo jeśli masz drukarkę, to ściągnij i wydrukuj formularz na podpisy.

Zebrane podpisy należy przekazać do Stowarzyszenia „Miasto jest nasze”. Napiszcie do nich maila praga.poludnie@miastojestnasze.org lub wiadomość  na profilu Facebooka Miasto Jest Nasze Praga- Południe.

Wszystko jeszcze raz tylko bardziej szczegółowo znajdziecie  na stronie Stowarzyszenia.

Próba pobicia rekordu w jeździe godzinnej – Piotr Klin

19 sierpnia 2018 roku, Piotr Klin, kolarz amator i inżynier podjął próbę pobicia rekordu Polski w jeździe godzinnej na torze. Nie udał mu się ten wyczyn. W godzinę przejechał 46,7 km. Obecny rekord 49,470 nadal należy do Wojtka Ziółkowskiego.

Piotr to zdobywca wielu złotych medali w jeździe indywidualnej na czas w kraju a za swój największy sukces uważa srebro na świecie. Wszystko w wyścigach amatorskich gdyż na co dzień pracuje za biurkiem.

Przed podjęciem próby razem z kolegą przez ponad miesiąc monitorowali gęstość powietrza mini stacją meteorologiczną własnej produkcji.

Wydarzenie przyciągnęło na tor sporo osób, którym Piotrek zaserwował masę emocji.

Ponadto była relacja na żywo na eurower.pl (oraz retransmisja na You Tube) a wszystko komentował Adam Probosz.

Ale oprócz kibiców było też całkiem poważnie. Sztab szkoleniowy, sędziowie UCI, maszyneria do pomiaru czasu oraz przedstawiciele agencji antydopingowej. I oczywiście pomiary samego roweru.

Piotr zaczął bardzo dobrze. Przez 20 minut szedł na rekord ale potem pojawiły się pierwsze kłopoty. Zaczęło się od lekkiego wyjeżdżania powyżej czerwonej linii (optymalny tor zakłada jazdę po czarnej linii). Oddychał bardzo ciężko ale jechał dalej. W kuluarach mówiono o niewielkim doświadczeniu torowym, o dużej ilości energii jakiej wymaga utrzymanie aerodynamicznej pozycji i ogólnie o tym jakie to jest ciężkie.

Po 80 rundach już było wiadomo, że rekord nie zostanie pobity. Piotrka bujało po torze. To wjeżdżał wysoko pod niebieską linię, to znowu na prostych zjeżdżał na trotuarek. On sam podniósł się ze swoich podpórek i kiedy już wszyscy sądzili że skończy, położył się z powrotem i jechał dalej.

„Ostatnie” 100 rund były nagradzane gromkimi brawami. Ta jazda była pokazem niezwykłej determinacji, walki oraz słodko gorzkim przypomnieniem, że czasami po prostu nie wychodzi. A może była porwaniem się na niezwykle trudne wyzwanie przedwcześnie?

Co to by nie było, zostanie powtórzone. Powiedział to sam Piotrek, powiedzieli to jego koledzy, którzy pracują z nim na co dzień w Anglii i przyjechali tu z nim. „Jest bardzo uparty” skwitowali.

Dla mnie to kolejne, niesamowite wydarzenie na torze, które udokumentowałam w następujący sposób:

 https://youtu.be/-juYhgeh9_I

Sporo o probie Piotrka możecie znaleźć na Facebooku oraz eurower.pl

Sprzed próby:

Cztery koszule i wieszak

Who the fuck is Klin? Czy na torze w Pruszkowie da się przejechać 50 km w 60 minut?

Oraz zapis samej próby

Zapis transmisji z próby pobicia rekordu Polski w jeździe godzinnej

 

Piotrek jechał na przełożeniu 60×14

 

 

[Reguły] Wyścig punktowy

Wyścig punktowy zaliczany jest do konkurencji długodystansowych. Zawodnicy startują w grupie zdobywając po drodze punkty premiowe. Mężczyźni rozgrywają go na czterdziestu kilometrach, co daje 160 okrążeń w tym 16 premii. Kobiety jadą 25 kilometrów, czyli 100 okrążeń w tym 10 premiowanych.

fot: http://www.roadbikereview.com

Punkty są przyznawane pierwszym czterem zawodnikom kończącym premiowane okrążenie. Jest to odpowiednio 5, 3, 2 i 1 punkt. Ostatnia premia jest punktowana podwójnie.
Jeśli zawodnik nadrobi okrążenie, dostaje dodatkowe 20 punktów.

Wygrywa ten, kto ma najwięcej punktów.

Wyścigi punktowe są dwa. Wyścig punktowy właściwy, oraz ten wchodzący w skład omnium, czyli wieloboju torowego. Różnią się jedynie dystansem. Punktowy w omnium trwa 25 km dla mężczyzn i 20 km dla kobiet.

Tyle z zasad.

Wyścig punktowy nie jest zwykłym wyścigiem wytrzymałościowym. Przeplatany sprintami wymaga nie tylko bardzo dobrej wytrzymałości tlenowej ale też tolerancji wysokiej zawartości kwasu mlekowego – a więc odporności na zmęczenie. Ponadto, doskonałego przyspieszenia oraz intensywnej jazdy pomiędzy finiszami, które są co 2 – 3 minuty.

Poza tym, kolarze przez cały czas muszą liczyć punkty, myśleć i kminić za kim warto gonić a komu można odpuścić. Przez cały czas trzeba być czujnym kiedy zaatakować.

Jest to fascynująca konkurencja do kibicowania. Ucieczki podnoszą wrzawę a mniej udane próby ataków gdy zmęczony zawodnik gaśnie ćwierć długości toru przed doścignięciem grupy budzą wielkie współczucie.

Polacy mają piękne wyniki w wyścigu punktowym. Oczywiście dwukrotne Mistrzostwo Świata Katarzyny Pawłowskiej, Mistrzostwo Europy Alana Banaszka

fot: magazynszosa.pl

Jak to jest jechać wyścig punktowy? Można wsiąść na rowerek stacjonarny z kartką papieru, na której będzie się co trzy minuty notowało, który zawodnik zdobył ile punktów jednocześnie robiąc w tym samym czasie tempówki.

[Reguły] Sprint Drużynowy

Sprint drużynowy, to najszybsza konkurencja na torze. Trzeba bacznie się przyglądać, bo łatwo można przegapić wyścig.

fot. portowefakty.wp.p

Mężczyźni jadą w trójkę, a panie we dwie. Każdy zawodnik jedzie najszybciej jak potrafi jedną rundę. Liczy się sumaryczny czas wszystkich kolarzy.

Całość trwa ok 45 sekund w przypadku mężczyzn i 35 sekund w przypadku kobiet.

sport.onet.pl
fot. sport.onet.pl

Dwie drużyny ustawiają się po przeciwległych stronach toru i ruszają ze startu zatrzymanego. Gdy pierwszy zawodnik przejedzie pełną rundę odbija w górę i kończy swoją pracę.

Jeśli odbije za wcześnie i koło drugiego zawodnika wyjdzie na przód przed końcem rundy – czyli przed kreską – drużyna jest relegowana.

To by było na tyle z przepisów. O wiele ciekawszy jest sprint drużynowy “od kuchni”.

Według Grzegorza Krejnera, legendarnego torowca “trzeba jak najszybciej zacząć i jak najszybciej skończyć”. (Grzegorz ma wiele takich torowych złotych myśli).

Najważniejszy jest start a konkretnie start rozprowadzającego. Mimo, iż pierwszy zawodnik jedzie najkrócej ma najważniejsze zadanie. Na samym wyjściu z maszyny traci się od 0,2 do 0,6 sekundy. Pół sekundy w tę, czy we w tę w tej konkurencji to przepaść.

fot. polsatsport.pl

Polecam w momencie startu zrobić sprinterom serię zdjęć. Wówczas można klatka po klatce obserwować ich pozycję. Kiedy zawodnicy już wystartują warto obserwować jak daleko od siebie jadą. Warto też zerkać na zegary, gdyż niełatwo zauważyć minimalne różnice pomiędzy drużynami.

Z ciekawostek historycznych, kiedyś, aby ułatwić wyjście z maszyny stosowano opony węższe niż obręcz aby balon nie spowalniał wyjścia ocierając się o szczęki, które trzymają koło. Czasami też to miejsce smarowano olejem.

Rekord świata w tej konkurencji wynosi 41″871 dla mężczyzn oraz 31″928 dla kobiet.

Rekord Polski to 43,127 dla mężczyzn i 34,431 dla kobiet.

W 2016 roku Polacy wywalczyli Mistrzostwo Europy.

[Kibicowanie] Wyścig drużynowy na dochodzenie

Na co zwracać uwagę jako kibic.

Wyścig drużynowy nie jest zbyt fascynujący jeśli się go ogląda pobieżnie. Żeby go zrozumieć i mieć z niego największą frajdę należy zagłębić się w szczegóły.

Na samym początku, kiedy zawodnicy ustawiają się na swoich pozycjach warto zwrócić uwagę na rozmiar korb. Da nam to wyobrażenie jak mocno muszą pedałować. Im większa tarcza z przodu i mniejsza z tyłu tym ciężej rozpędzić rower a i utrzymanie prędkości nie będzie łatwe.

Innym ciekawym szczegółem może być wzrost zawodników oraz ich kolejność. Jeśli zdarzy się, że wysoki zawodnik znajdzie się za niskim będzie mniej chroniony przed oporami powietrza a tym samym będzie musiał wykonać cięższą pracę.

Aerodynamiczny kask, szybka zamiast okularów oraz specjalne skarpety to wszystko detale, które  mogą pomóc urwać cenne setne sekundy.

Gdy już zawodnicy ruszą oczywiście kluczowe jest jak blisko siebie będą jechać. Brytyjczycy, którzy od lat królują w tej dyscyplinie dążą do uzyskania odstępu jednego cala, czyli jakieś 2,5 cm. Ale realnie, wynosi on zwykle ponad 5 cm. Dla porównania amatorzy, którzy nawet regularnie jeżdżą na torze rzadko schodzą poniżej 30 cm.

Ale najciekawszym momentem jest oddawanie zmiany a konkretnie końcowy etap. Od tego gdzie wyląduje zawodnik zależy czy odpocznie, czy będzie musiał gonić drużynę, żeby złapać koło.

Na mecie liczy się czas trzeciego zawodnika a to oznacza, że jeden może nie ukończyć wyścigu. Taki zawodnik jedzie najmocniej jak tylko może po czym odpada, gdyż nie jest już w stanie utrzymać tempa drużyny.

Dobrze, żeby poinformował resztę, że dalej jechać nie będzie – inaczej następny, który po nim odda zmianę może się nieprzyjemnie zdziwić lądując całą długość roweru za daleko z tyłu.

Dla wytrwałych kibiców, warto jeszcze notować międzyczasy, czyli czasy poszczególnych okrążeń i patrzeć czy zawodnicy zwalniają czy przyspieszają. Zdarza się, że nasza radość gdy faworyci prowadzą gaśnie w drugiej połowie wyścigu wraz z ich energią.

[Reguły] Wyścig drużynowy na dochodzenie

Każda konkurencja torowa jest wyjątkowa, ale chyba żadna nie jest tak przyjemna jak wyścig drużynowy. Jest to czas kiedy kolarze, na co dzień ścigający się osobno (nawet jeśli jeżdżą w jednej drużynie) rzeczywiście ścigają się razem. Mocniejsi muszą zwolnić, żeby nie urwać słabszych, a słabsi muszą wykrzesać ponad 100% swoich możliwości aby nie położyć drużyny.

Na torze jazda drużynowa trwa 4 kilometry, czyli 16 okrążeń. Rozpoczyna się po obu przeciwległych stronach toru. Na każdej stronie obok siebie stoi czterech zawodników wchodzących w skład drużyny. Ze startu zatrzymanego ruszają i układają się jedno za drugim tworząc pociąg.

Co okrążenie – aczkolwiek nie jest to regułą – pierwszy zawodnik odbija w górę toru schodząc na ostatnią pozycję gdzie może odpocząć dopóty dopóki znów nie znajdzie się na przedzie. Dzieje się tak aby utrzymać największą prędkość jazdy przez cały dystans.

fot. poznan.wyborcza.pl

Wyścig nazywa się “na dochodzenie” ponieważ drużyny próbują się nawzajem doścignąć. Jeśli jednej się to uda – wygrywa. W przeciwnym wypadku wygrywa ta, która osiągnęła najlepszy czas.

Eliminacje przechodzi 4 albo 8 najszybszych drużyn. Następnie panuje system pucharowy.

W przypadku 4 drużyn – sprawa jest jasna. Najszybsza drużyna jedzie z drugą najszybszą o złoto. Trzecia i czwarta jadą po brąz.

Ciekawie się robi w przypadku, gdy do finałów przechodzi 8 drużyn. Dzieje się tak podczas większych imprez, Igrzysk Olimpijskich, Pucharów i Mistrzostw Świata.

Ćwierć finały, to 4 biegi:

  1. 6 drużyna jedzie z 7
  2. 5 z 8
  3. 2 z 3
  4. 1 z 4

Zwycięzcy biegu 3 i 4 (czyli najszybsze czasy z elimiacji) walczą o złoto.

Pozostałe 6 drużyn rozstawia się wg osiągniętego czasu i dwie najszybsze walczą o brąz.

Finały wyścigu drużynowego

Matematyczny majstersztyk, ale co to znaczy:

Tylko drużyny, które zakwalifikowały się na miejscach 1 – 4 mają szanse na złoty lub srebrny medal.

Drużyna, która zakwalifikowała się na miejscu 8, może zdobyć brąz, a pierwsza drużyna może go nie zdobyć.

Prawda, że dużo ciekawsze niż patrzenie się jak “tylko jeżdżą w kółko”?

 

Na dzień dzisiejszy (29 czerwca, 2018), rekord świata w tej konkurencji wynosi 3:49.804 dla mężczyzn i 4:10.236 dla kobiet.

Rekordy Polski to 3.58,523 dla mężczyzn oraz 4.24,705 dla kobiet.

 

Torowe Mistrzostwa Polski Masters 2018 – Dzień 3

Pełny relaks!

Zamiast owsianki z bakaliami, na śniadanie bułka i parówka. Zamiast kombinezonu, spódniczka. Jeszcze nie jestem świadoma jak doskonale spod niej widać moje kolarsko opalone nogi.

Fot. OZKol w Łodzi

Dzisiaj jadę na tor w roli kibica. Będę robić zdjęcia, biegać za zawodnikami i dopingować.

Nie potrafię się zdecydować czy siedzieć na trybunach, czy jednak na śródtorzu. Zaczynamy od trybun, ale ostatecznie schodzimy tam, gdzie nasi koledzy.

Oni walczą ale już czuć atmosferę jazdy drużynowej. Prezes Okręgowego Związku Kolarskiego w Łodzi, Arek Jałowski ładnie powiedział – “Drużyna scala”. Tak, to jest prawda. Nie ma drugiej takiej energii jak ta, kiedy się dobrze pojedzie wyścig drużynowy.

Dla mnie jest bardzo ekscytująco. Nie ma podziału na kategorie wiekowe, wszyscy jadą razem. Młodzi i doświadczeni, sprinterzy ze średniodystansowcami. Wszyscy uśmiechnięci.

Zawody idą sprawnie. Najpierw sprinterzy, potem 3 km. Drużyna naszego trenera wygrywa 3 km. Zaskoczenie i radość. Chyba się jednak tego nie spodziewali. Wszyscy gratulują sobie nawzajem.

Niestety, nie udało się zebrać drużyny kobiet, ale to nie szkodzi. Za rok znów spróbujemy.

Organizatorzy szykują medale
Ostatnia powtórka z przepisów
Trener Grzegorz Drejgiej w roli asystenta. Piotr Jankowski w roli asystenta asystenta

 

Leszek Sobieszek szykuje się do sprintu drużynowego
Drużyna Danielo Sportswear w sprincie drużynowym.
Paweł Czarnecki i Grzegorz Krejner szykują się do jazdy drużynowej na 3 km

 

Drużyna Żoliber Danielo Komo Bike

Drużyna ŁTC
To już jest koniec

I tak, moje trzy dni dobiegły końca. Kiedy to piszę jest tak późny niedzielny wieczór, że już jest poniedziałek. Ciężar zmagań został daleko w tyle, torby jeszcze nie rozpakowane, a w nich, gdzieś leżą moje 3 medale. Piękne medale. Nie leżą koszulki z orzełkiem ale jakoś się z tym pogodzę. Za jakiś czas będę musiała podjąć trudną decyzję. Decyzję, której unikałam, albo której nie podejmowałam przez parę lat. Jak chcę dalej zarządzić swoim kolarstwem? Teraz jest to dla mnie ogromna frajda, bez zobowiązań. Więc dlaczego mi żal tych koszulek? Te dziewczyny, które wygrały złoto w pełni na nie zasłużyły. Kolarstwo traktują poważniej niż ja. Trenują uczciwie. Ja wciąż szukam wymówek, dlaczego nie dam rady. Może najzwyczajniej mi się nie chce? Nie chciałoby mi się pójść dzisiaj pobiegać, tak jak to zrobiła Marta. Ani trenować podjazdów na Agrykoli, ani chodzić na siłownię rolować się i dbać o dietę. Ale wiem jedno. Albo powalczę o koszulkę, albo pogodzę się z tym, że jeżdżę na torze dla przyjemności i mi na koszulce w ogóle nie zależy.

Dziękuję za uwagę.

Korzystając z okazji, chciałabym podziękować paru osobom:

Adamowi Ważnemu, bez którego wsparcia nic bym nie robiła. Nie istniałabym.

Grzegorzowi Krejnerowi za przygotowanie i sprowadzenie na ziemię kiedy trzeba, sympatię, zaangażowanie i dystans do świata.

Jurkowi Brodawce za sprzęt, podtrzymywanie na duchu i też sprowadzenie na ziemię w momentach histerii, gdy nic ma się nie udać, a jednak wychodzi.

Wszystkim “moim” torowy dziewczynom, że jesteście i że walczycie. To Wy ubarwiacie moje sportowe życie.

Leszkowi Sobieszkowi za pomoc w przygotowaniach i za Twoją wiedzę, którą się hojnie dzielisz oraz każde miłe słowo.

Prezesowi Okręgowego Związku Kolarskiego w Łodzi, Arkowi Jałowskiemu, bez którego pracy nie byłoby tych zawodów, oraz wszystkim osobom zaangażowanym.

A w szczególności, całemu KKT Wiraż, wszyscy stali i okazyjni bywalcy treningów na torze. Po prostu cieszę się, że jesteście, bądźcie jak najdłużej.

Regularni i okazjonalni uczestniczy treningów na torze. Klub Kolarstwa Torowego „Wiraż”

A na koniec, nie mogę nie wspomnieć o najważniejszym mężczyźnie w moim życiu, jakim jest mój syn. Za jego nieskończoną cierpliwość do mamy, poczucie humoru i bezgraniczną miłość. (Który jak to przeczyta, to mnie zabije).

Do następnego roku!

 

Kilka zdjęć z zawodów (Te same co we wpisie z dnia 1 i 2)

Torowe Mistrzostwa Polski Masters 2018

Zdjęcia Okręgowego Związku Kolarskiego w Łodzi

YouTube