Historia Pewnej Miłości

Kiedyś postanowiłam, że będe pisać wyłącznie o kolarstwie torowym i to jest moja historia.

Na pruszkowski welodrom trafiłam zanim jeszcze został wybudowany. Mój tata montował tam wentylację. Wówczas nie wiedziałam zbyt wiele o kolarstwie torowym. Minęło trochę czasu i nie pamiętam dokładnie jak to się zaczęło, ale przychodziłam kibicować na zawodach. Znalazłam towarzystwo, które też lubiło takie imprezy i razem odwiedzaliśmy a to Grand Prix Polski a to Mistrzostwa Norwegii…

Natomiast snigdy nie przyszło mi do głowy, że na torze można jeździć. W sensie, że taki zwykły człowiek jak ja może jeździć.

Z czasem dowiedziałam się o działającej tam wypożyczalni, zebrałam ekipę i pojechaliśmy. Rower z ostrym kołem posiadałam do jazdy po mieście, ale wiraże mnie znokautowały. Jeździłam w kółko po błękitnym trotuarku zupełnie nie rozumiejąc jak właściwie mam się znaleźć tam wysoko. Na prostych jeszcze jako tako szło, ale gdy tylko robiło się stromo, „spadałam” z powrotem na dół. Myślałam, że już mi się nie uda kiedy zaczęłam jechać za pewnym starszym dżentelmenem. Jechał dostojnie, powoli i też nie wjeżdżał na wiraże. Kręciłam się tak za nim dłuższy czas nie wiedząc co zrobić. W pewnym momencie postanowiłam działać i przejechawszy może jeszcze pięć okrążeń zabrałam się za wyprzedzanie. Kiedy ów pan to zauważył również przyspieszył a ja znalazłam się w kropce. Byłam nad nim, coraz bardziej zbliżając się do stromej ściany i nie mogłam niczego zrobić. „Raz kozie śmierć” pomyślałam i ile sił w nogach zaczęłam jechać przed siebie, wprost na bandę.

Adrenalina natychmiast uderzyła mi do głowy a serce waliło jak oszalałe. Byłam przerażona i podekscytowana jednocześnie. Radość nie do opisania. Potem podjechała do mnie inna bardziej doświadczona kolarka i powiedziała, żebym jechała za nią. Jeździłyśmy tak razem po niebieskiej już do końca treningu. Było wspaniale, buzia uśmiechała mi się sama a ja czułam, że coraz bardziej zatracam się w tym sporcie.

Potem miałam różne perypetie, trafiłam na zorganizowane treningi gdzie uczyłam się coraz to nowych rzeczy. Wystartowałam nawet w amatorskich zawodach. Po jakimś czasie sama zaczęłam organizować zajęcia. Założyłam bloga. Moje życie zaczęło się zmieniać.

Długo nie miałam jednak własnego roweru. Decyzję o zakupie podejmowałam i odkładałam wielokrotnie. Musiał być wyjątkowy. Niestety, wyjątkowe kosztowały więcej niż byłam gotowa wydać. Znalazłam bardzo przyzwoite rowery w internecie, ale nie były we właściwym kolorze.

Biłam się z myślami i czułam jakąś niewytłumaczalną pustkę. Krótko mówiąc, nie wiele rzeczy mnie cieszyło.

Pewnego wieczora, kiedy położyłam się już do łóżka, postanowiłam rzucić okiem na ogłoszenia w internecie. Na drugim był mój wymarzony rower. W moim rozmiarze, właściwym kolorze i tańszy o jedną czwartą ceny.  I w Londynie.

Nie dalej jak 3 dni wcześniej, przyjaciel pracujący w liniach lotniczych powiedział mi  „jak znajdziesz coś w Londku daj znać, bilet ci załatwię”. Nigdy nie sądziłam, że odważę się skorzystać z takiej oferty ale tu chodziło o rower!

Odpowiedziałam na ogłoszenie, odpisał młody człowiek, którego mogłabym być mamą. Okazało się, że kiedyś trenował „jak był młody” ale już przestał i teraz chętnie kupi „prawdziwy” rower.

Dogadaliśmy się.

Poprosił o zaliczkę. 30 funtów. Myśli biegały mi po glowie „mam wysłać 150 zł obcej osobie z internetu? To niepoważne.” Wysłałam. Dostałam ładne potwierdzenie, że dotarły. (okazało się, że nie 150 tylko 170 bo opłaty).

Cóż było robić. Wzięłam w pracy urlop na żądanie, sprawdziłam połączenia z lotniska Luton do Południowo-Zachodniego Londynu i umówiłam się ze sprzedawcą przed sklepem rowerowym, w którym mieli spakować mój nowy nabytek do kartonu i przygotować do lotu.

Dzień przed byłam już cała nakręcona. Samolot miałam o 6 rano. Nastawiłam budzik na 3:00, żeby móc zaliczyć jeszcze ze 3 drzemki. Spakowałam plecak. To znaczy plecak w zasadzie był pusty, żeby pomieścił zakupione prezenty, ale wrzuciłam do niego taśmę wspinaczkową z dawnych lat. Taśma wspinaczkowa, to parciana taśma zeszyta w pętlę. Miała mi służyć przy transportowania kartonu z rowerem przez miasto.

Zgodnie z planem budzik zadzwonił o 3 a z łóżka wstałam o 3:30. Przygotowałam stosik kanapek (żeby nie przepłacać), wciągnęłam owsiankę i pojechaliśmy na lotnisko. Wtedy dopadł mnie pierwszy stres „co jak się spóźnię?” Nadal miałam godzinę zapasu ale i tak wyobrażałam sobie najgorsze. Mimo, iż na miejscu byliśmy bardzo szybko to natknęłam się jak zwykle na kolejkę przy kontroli bagażu. Oczywiście, wybrałam tę, która szła najwolniej, następnie akurat mnie pani postanowiła dokładnie sprawdzić ale w końcu się udało. Jeszcze tylko kontrola paszportowa i odlot.

Pędzimy na lotnisko
Na lotnisku
I jeszcze jedna kolejka
Ale udało się

Londyn przywitał mnie piękną pogodą. Byłam niespokojna i spokojna jednocześnie. Niespokojna bo to jednak szalony pomysł, było wziąć kuriera, przecież ja się tu zgubię. Spokojna, bo dzisiaj są takie czasy, że wszystko jest. Powerbanki są, internet w roamingu za darmo. A Londyn jest naprawdę dobrze zorganizowany. Tak można podróżować.

Po prawie dwóch godzinach stałam przed uroczym sklepikiem rowerowym o dźwięcznej nazwie „The London Cycle Workshop”. Słońce świeciło, ruch na ulicy był niewielki a okolica piękna. Wysłałam wiadomość do mojego nowego znajomego –  z którym przez większość podróży przez Londyn byłam w ciągłym kontakcie – i umówiliśmy się, za kilka minut.

Anglio witaj! (Tam dopiero była kolejka…)
Super fajny autokar z telewizorem wyświetlającym drogę.
Piękny południowy Londyn
Siatka londyńskiego metra na Google Maps
I metro właściwe
I mapa metra
Anglicy są bardzo tolerancyjni
The London Cycle Workshop w Południowo Zachodnim Londynie

Stałam tak na rogu dwóch ulic i czekałam. I czekałam. I czekałam. I po raz kolejny zaczęły mnie dopadać myśli „a co jeśli to ściema? Przecież koleś mógł mnie wysłać gdzieś, powiedzieć, że przyjdzie, wziąć kasę i tyle.” Bardzo musiałam się starać, żeby panować nad sobą bo minęło już dobre 10 minut jak tak stałam przed tym sklepem i chodziłam to w tę to wewtę.

Nagle zobaczyłam człowieka targającego w jednym ręku wielki karton  a w drugim biały rower. To musiał być on. Uśmiechnęłam się i on także. To mój rower szedł do mnie.

Młody człowiek okazał się być bardzo miły, przyniósł klucz, żeby obniżyć siodełko, przecież oczywiste było, że przyleciałam do Londynu, aby wypróbować rower zanim kupię.

Dodatkowym bonusem był fakt, że sprzedawca sam zaproponował mi, iż skoro wpłaciłam zaliczkę i cena mi odpowiada, to on odliczy mi opłatę za pudło. To było miłe, 10 funtów w kieszeni.

Zapłaciłam mu i weszliśmy do sklepu. On powiedział obsłudze o co chodzi, podziękowałam i nasze drogi się rozeszły.

Pierwsza przymiarka
The London Cycle Workshop od środka

Sklepik był wspaniały. Mały, przy wejściu wisiały stare, stalowe szosówki, a w głębi super fajny nowoczesny osprzęt. Ale żadnego roweru. Tylko części. Panowie powiedzieli, że rower będzie gotowy za 30 minut, ale na moją prośbę zgodzili się go przechować jeszcze przez kilka godzin, żebym nie musiała szwędać się z nim po mieście.

Ja w tym czasie poszłam sobie na spacer. Było przepięknie. Klasyczny angielski styl równych domków i sklepików. U nas takich nie ma. Idąc ulicami Warszawy zwykle widzi się banki i apteki. A tam, butiki, piekarenki i kawiarnie. Centrum handlowe wygląda jak ratusz, albo co najmniej główny gmach poczty. Zapragnęłam napić się kawy, ale nie jakiejś tam Costa Coffee czy innej sieciówki. Chciałam kawy wyjątkowej. Szłam i szłam i znalazłam „Time for Coffee”. Kawiarnia jak z filmów. W środku tłum, ale na moje pytanie czy znajdzie się jakieś miejsce, barista załatwił to. Siedziałam na wysokim krześle przy starym fortepianie, który robił tu za stolik. Było przy nim jeszcze z siedem osób. Miałam przed sobą czekoladowe brownie i pięknie ozdobione cappuccino i nie zamierzałam szybko wychodzić.

Takie centrum handlowe bez wstydu można nazwać galerią
Shopping…
Wystawka w kawiarni
Moje czekoladowe brownie i cappuccino
Takich butików brakuje mi w Warszawie
I takich spożywczaków

Urocze jest na część miasta

Tego dnia odwiedziłam jeszcze kilka sklepów, kupiłam drobne upominki dla rodziny i przyjaciół i zjadłam obiad w hiszpańskiej restauracji, która udekorowana była wieprzowiną. Było pysznie, do pływającej w tłuszczu kaczki z puree dostałam porcję kiełbasek chorizo. To nie był do końca mój wybór, poprosiłam kelnera, żeby sam  mi coś zaproponował, gdyż nie znam się na hiszpańskiej kuchni, jednakowoż spodziewałam się jakiejś formy warzyw. Restauracja była prawie pusta. Jedyną osobą poza mną i obsługą była ciężarna żona kelnera (a może to był właściciel?), która siedziała przy barze czytając czasopismo i kompletnie nie zwracała na mnie uwagi. Potem, zupełnie jak na filmach, przyszli znajomi, albo rodzina kelnera (albo właściciela). Każdy każdego wycałował po dwa razy i rozmawiali już tylko po hiszpańsku jakby byli na swoich imieninach.

Hiszpańska restauracja

Ten dzień był surrealistyczny. Rano jeszcze byłam w Warszawie, teraz  w Londynie a czuję się jak w hiszpańskim filmie. Tu świeciło słońce a w domu padał deszcz. Spacerowałam sobie ulicami i robiłam zdjęcia. Czasem po kryjomu, bo jednak trochę się krępuję ale z drugiej strony, przecież nikt mnie tam nie znał.

Z dużym zapasem i lekko stremowana wróciłam do sklepu rowerowego odebrać moje pudło i udać się w stronę lotniska. Karton okazał się mniejszy i lżejszy niż się spodziewałam nie mniej jednak nie był zbyt poręczny. Mechanicy pomogli wybrać najlepszą drogę powrotu.

Pudło miało pewnie z półtora metra szerokości i tak je właśnie targałam. Nie mogłam odpuścić sobie okazji i poprosiłam przypadkowego przechodnia, żeby zrobił mi zdjęcie. Nie chcąc wyjść na dziwaka, co prosi o zdjęcia z kartonami, opowiedziałam panu całą historię co ja tu robię. Ludzie wprawdzie gapili się na mnie, ale też oferowali pomoc. Tej pomocy nie odmawiałam a i mój pomysł z taśmą wspinaczkową okazał się bardzo dobry. Mogłam chociaż trochę odciążyć ręce. Musiałam się 3 razy przesiadać a londyńskie metro z jego korytarzami do prostych (ani krótkich) nie należy. Dodaj do tego kompletnie niezorganizowany ruch pieszych. Część osób szła lewą stroną (tak jak auta w Anglii) a część prawą (tak jak auta wszędzie indziej). Nie było lekko. Targałam to pudło i obijałam się po kątach. Dobrze gdy schody były ruchome, gorzej gdy nie były. „Zaraz, już tu przed chwilą byłam!” W końcu udało mi się znaleźć drogę do drugiego metra. Postawiłam rower w pionie, żeby nie wadził. Nikt mi nie zwracał uwagi, każdy się uśmiechał współczująco. Wdałam, się w rozmowę „to wygląda na ciężkie. Naprawdę, przyleciałaś tu po rower? Niesamowita historia”.

Przypadkowy przechodzeń robi mi pierwsze zdjęcie
Patent z taśmą wspinaczkową

Kolejną przesiadką była stacja King’s Cross. To chyba serce Londynu. Kiedy byłam mała uczyłam się o niej na lekcjach angielskiego. Tradycja miesza się tu z nowoczesnością. Piękne zdobienia i modne sklepy. I ludzie, wszędzie mnóstwo ludzi a ja miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzyli.

W Londynie na stacjach metra zawsze jest obsługa, aby pomóc pasażerom. Podeszłam do pana i zapytałam o najbliższy supermarket, bo bardzo chciało mi się pić. Pan zamiast odpowiedzieć kazał mi chwilę poczekać i odszedł. Zostałam jak wryta w ziemię. Ja nie chciałam czekać, czy on nie widział, że targam wielkie pudło?? Ale pan zaraz wrócił z wózkiem bagażowym. Miałam ochotę go uściskać. Teraz, to ja mogłam nawet zwiedzać tę stację. To jest ten moment, kiedy było ciężko i nagle można na chwilę odetchnąć. Bezcenny. Poszłam kupić wodę ale zatrzymałam się przed sklepem i zastanawiałam co dalej. Nie dałabym rady wjechać z wózkiem do środka a obawiałam się, żeby nikt go nie ukradł. Postanowiłam zaryzykować. Poprosiłam kasjera, czy mógłby rzucić okiem ale wiadomo jak jest na kasie, niczego nie mógł obiecać. Popędziłam między półkami i złapałam butelkę z wodą. Tym razem nawet nie zastanawiałam się czy aby nie przepłaciłam. Udalo się! Mój pakunek był znów w zasięgu wzroku. Mała radość.

Wymażony wózek

Poszłam na pociąg. Potem została mi jeszcze tylko ostatnia przesiadka i lotnisko.

Na lotnisku od razu rozejrzałam się za wózkiem. Zorientowałam się,  że w sklepie zapakowali mój rower do góry nogami. Karton był po rowerze, i wszędzie miał napisy „This way up” (Tą stroną w górę). Tylko, że odwrotnie. Weszłam do pierwszego lepszego sklepu i zapytałam czy mogę pożyczyć flamaster. O dziwo mieli,  więc pieczołowicie zabrałam się za przekreślenie wszystkich napisów i strzałek i narysowanie nowych w przeciwnym kierunku. Tak przygotowana poszłam nadać bagaż. Lotniskowy labirynt ułożony ze słupków i taśm skutecznie utrudnił mi dotarcie do obsługi. Na szczęście miałam mnóstwo czasu bo lawirując pomiędzy taśmami zahaczyłam chyba o każdy słupek. Nadeszła w końcu moja kolej i przesympatyczna pani po sprawdzeniu mojej karty pokładowej i dowodu osobistego skierowała mnie do miejsca nadania bagażu nadmiarowego. Na szczęście mogłam wyjść już normalnie.

Rower zapakowany do góry nogami

Po nadaniu bagażu do odlotu została jeszcze dobra godzina. Lotnisko Luton jest niewielkie, ma mało miejsc siedzących i często do ostatniej chwili nie wiadomo z której bramki będzie odlatywał samolot. Poszwędałam się chwilę i bardzo już zmęczona poszłam usiąść gdzieś z boku. Wyciągnęłam drugą kanapkę zrobioną o 3:45 z rana i delektując się ogórkiem kiszonym rozmyślałam o moim nowym sprzęcie.

Hm… może Anglia to też stan umysłu? Pamiątkowe pocztówki z rodziną królewską
Najbardziej wyczekiwany moment

W domu byłam po północy, bo samolot się spóźnił. Roweru już nie rozkładałam, bo następnego dnia był trening i miałam cichą nadzieję, że pan Jurek, mechanik mi go złoży. Położyłam się i rozmyślałam o wszystkim co się wydarzyło. Podarowanie biletów, pomoc młodego Anglika w logistyce, sympatia obcych przechodniów, pyszne jedzenie i zwiedzanie i nareszcie, wyczekany rower. A jutro trening.

Jest pięknie.

Już w domu

 

„Jestem leniuchem” rozmowa z Urszulą Łoś, Mistrzynią Polski 2018 w sprincie

Ulę poznałam podczas Grand Prix Polski. Było mi trochę głupio, ponieważ bez kasku i numeru startowego nie wiedziałam z kim rozmawiam. Na szczęście wybawiła mnie z sytuacji przedstawiając się z uśmiechem.

Fot: Kamila Zawadzka „Kamila fotografuje”

Drobna, wygląda bardziej na zawodniczkę średniego dystansu niż sprinterkę ale w domu ma ponad dwadzieścia koszulek Mistrza Polski i jeszcze więcej medali w sprinterskich konkurencjach właśnie.

2008 roku zaczęła jeździć na szosie. Ówczesny trener, Grzegorz Ratajczyk kazał jej pójść do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Żyrardowie i zgłosić się do trenera Daniela Meszki, do sprintu właśnie. Tak to się mniej więcej zaczęło. Obecnie jest zawodniczką ALKS Stali Grudziądz.

Kiedy rozmawiamy, Ula jest posiadaczką rekordu Polski na 500 metrów, który zdobyła podczas Mistrzostw Europy 2018.

Fot; onet.pl Ula na Mistrzostwach Europy 2018 w Glasgow

„Co dla ciebie znaczy ten rekord?”

„To było bardzo miłe, znaczyło, że mogę się pojawić w światowej czołówce”.

Ula nie ma jeszcze medalu w elicie z zawodów międzynarodowych, ale ostatnio poczyniła ogromne postępy.

„Dwa lata temu to jeszcze była przepaść, ale teraz jest o wiele lepiej. Teraz wiem, że w biegu mogę decydować i nie jest tak, że ktoś mi go rozstawia”.

Co to znaczy rozstawiać komuś bieg można się przekonać oglądając w internecie filmy z pojedynków sprinterskich. Oglądając je widać jak wysoki jest poziom kobiecego sprintu. W tej “królowej konkurencji” trzeba się nie bać, trzeba dysponować ogromną siłą i wytrzymałością. Trzeba myśleć i w ułamku sekundy potrafić wykorzystać nadarzającą się okazję. To, co kolarze tam wyprawiają wstrzymuje oddech kibiców niejeden raz.

Fot; Kamila Zawadzka „Kamila fotografuje”

Gawędzimy sobie dalej, ja zadaję dość standardowe pytania, “kto cię inspiruje, który wyścig wspominasz najbardziej” ale z Ulą rozmowa taka prosta nie będzie.

„Moim idolem? Wiedziałam, że o to zapytasz. Prawda jest taka, że ja nie mam idola, nie inspiruję się jedną osobą. Obserwuję i wiem kto jak jeździ. Staram się brać ich doświadczenie i przekładać to na siebie”.

„Czy jest jakaś zawodniczka, którą szczególnie chciałabyś pokonać?”

„Każdą”

Obie wybuchamy śmiechem. W sumie, po co się ścigać jak się nie chce kogoś pokonać?

„No a jakieś zawody?”

„Ja na zawodach robię swoje i wychodzę. Na torze jest głośno, są światła. To wszystko męczy. Wolę w pokoju odpocząć, obejrzeć serial albo zawody w telewizorze”

„A co cię motywuje?”

“Chcę z dnia na dzień być coraz lepsza. Chcę pokazać, że mnie na to stać”

Wracamy do sprintu

„Czy nie myślałaś, żeby spróbować innej dyscypliny?”

„Próbowali mnie namówić na średni dystans, ale ja nie lubię po 4 godziny po szosie jeździć. Wolę raz a mocno”

To, że Ula lubi robić to co robi widać kiedy się ją ogląda na rowerze. Pewna siebie, opanowana. Nie boi się ryzykownego zagrania, jakich w pojedynkach sprinterskich pod dostatkiem.

Fot: Kamila Zawadzka „Kamila fotografuje”

„Ula, jaki jest ten sprint kobiecy na świecie?”

„Trzeba sobie uświadomić, że Polska nigdy dotąd nie była w światowej czołówce. My dopiero zaczynamy stawiać pierwsze kroki. Ale wiemy, które dziewczyny jeżdżą tak samo i wiedząc to, możemy to wykorzystać. Dobrze się czujemy w olimpijce” (sprint drużynowy przyp. red.)

Ula nie chce zdradzać swoich marzeń. To jej marzenia, ale przyznaje, że chciałaby pojechać na Igrzyska Olimpijskie. Byłaby pierwszą polską sprinterką. Ma wszelkie przesłanki, żeby to się spełniło. Wie czego chce i do tego dąży. Pomimo, iż jej rodzinny dom jest na miejscu, zdecydowała się przez trzy lata zamieszkać na torze.

„Chciałam przeżyć to na 100% być jak na zgrupowaniu”

Niestety, nie wyszło jej na dobrze. Dobrze wspomina dzielenia pokoju z Kasią Kirchenstein, ale psychicznie bardzo ją to męczyło. Teraz przyjeżdża na tor, robi trening i wraca do siebie. Kiedy ją pytam co lubi robić prywatnie, mówi, że odpoczywać.

„Jestem leniuchem. Ja lubię ciepłe kapcie, gorącą herbatkę i dobry serial”.

To nic dziwnego jak ktoś zaczyna dzień treningiem o 7 rano a potem jeszcze powtarza to 2 razy. Bo prawda jest taka, że nie ma zbyt wiele wolnego czasu.

„Czasami spotkam się ze znajomymi, lubię coś poczytać, najbardziej kryminały. Ostatnio nawet się zastanawiałam czy nie pójść na kryminologię.”

Zadaję ostatnie pytanie

„Co spowoduje, że wyjdziesz zadowolona z Mistrzostw Polski?”

„Jak zdobędę Mistrzostwo, nieważne, w jakiej konkurencji”


Nasza rozmowa odbyła się dzień przed zawodami a kiedy to piszę, jest już po Mistrzostwach. Ula zdobyła nie jeden, ale trzy tytuły Mistrza Polski, w sprincie indywidualnym, w keirinie i na 500 metrów. Ustanowiła kolejny rekord Polski, tym razem na 200 metrów.

To dobry prognostyk, bo na dniach Ula wylatuje do Paryża na pierwszą edycją Pucharu Świata.

Fot: Kamila Zawadzka „Kamila fotografuje”

 

„Chciałbym lubić jeździć kilometr” – rozmowa z Rafałem Sarneckim

Miałam przyjemność spotkać się dzisiaj na torze i chwilę porozmawiać z Rafałem Sarneckim, jednym z czołowych polskich sprinterów.

Nasze spotkanie odbyło się w dość niefortunnym momencie, ponieważ dzień wcześniej Polski Związek Kolarski odwołał Mistrzostwa Polski. Tydzień przed ich rozpoczęciem.

„Rafał, co to dla ciebie znaczy?”

„Jest mi przykro.”

Ogólnie od jakiegoś czasu w Związku nie jest ciekawie, brakuje funduszy, decyzje nie są podejmowane aż do ostatniej chwili, a teraz część zarządu zrezygnowała.

„To dla nikogo nie jest miłe. Ja i tak bardzo lekko do tego podchodzę. Wydaje mi się, że dla niektórych to duże obciążenie.”

Po sześciu latach w kadrze narodowej zdążył się już udopornić na różne rzeczy, które dla mnie są szokujące. Ale może tacy właśnie są sportowcy.

Start w Mistrzostwach Polski miał być ostatnim sprawdzianem jego formy przed Pucharem Świata.

„Na treningach nie da się wprowadzić organizmu na takie obroty jak na zawodach. Nie da się sprawdzić swojej dyspozycji.”

Rafał od początku swojej kariery kolarskiej, czyli 2007 roku jest zawodnikiem klubu Stal Grudziądz. Takie przywiązanie nieczęsto się zdarza. Jest typowym sprinterem, jeździ tylko na torze. Kilkakrotnie był Mistrzem Polski, ma też srebrny medal Mistrzostw Europy, ale za swoje największe osiągnięcie uważa siódme miejsce w sprincie drużynowym na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro, w 2016.

„Rafał, jesteś sprinterem torowym, nie ścigasz się na szosie. To jak wygląda twój rok?”

Jako sprinter, Rafał ściga się cały rok. Bierze udział w ok. dwudziestu zawodach.

„Na zawodach letnich zbieramy punkty, aby móc wystartować w Pucharze Świata. A w Pucharze Świata, musimy się ścigać, żeby zdobyć kwalifikację na Mistrzostwa Świata i Igrzyska Olimpijskie. Do tego dochodzą jeszcze imprezy komercyjne, np. Sześciodniówki i Revolution Series. Raz byłem na takiej imprezie w Medellin w Kolumbii. Trzy dni ścigania dla czystej przyjemności. Jak towarzyskie mecze piłki nożnej.”

„Sezon zaczyna się od Mistrzostw Europy, ale w tym roku sezon zaczął się wyjątkowo, bo już w sierpniu. Impreza w tej formule odbywała się po raz pierwszy. Prawie wszystkie dyscypliny brały w tym udział. Miało nas to przygotować do atmosfery jaka panuje na Igrzyskach. I to się sprawdziło. Wszędzie byli reporterzy a relacja w telewizji trwała przez cały dzień.”

Teraz miały być Mistrzostwa Polski, 4 dni przerwy i pierwszy Puchar Świata, potem znów 4 dni przerwy i drugi Puchar. Pucharów jest w sumie sześć. Do lutego a potem Mistrzostwa Świata mniej więcej w marcu albo kwietniu.

„A co robicie po sezonie?”

„No właśnie. Nasz sezon nigdy się nie kończy i nigdy nie zaczyna”.

Mają 2 miesiące w roku odpoczynku ale to jest aktywny odpoczynek.

„Chodzę na siłownię, biegam, pływam. Nie można się położyć i leżeć, bo po tygodniu serducho zaczyna wariować. Trzeba się powoli wyciszać.”

Jest jeszcze bardzo wiele rzeczy, których nie wiem o sporcie. Niestety, od słowa do słowa rozmowa znów wraca na problemy.

„Robią się afery. Dziennikarze trochę koloryzują, ale piszą też sporo prawdy, ale potem komentują osoby, które nie wiedzą jak jest. Zaczyna się robić afera, która wszystkich dotyczy. Zawodników to naprawdę dotyka.”

„A ciebie?”

„Mnie to śmieszy, ale dla każdego ma to jakieś konsekwencje. Bezpośrednio to dotyka sztabu szkoleniowego, a jak oni są niezadowoleni to musi się odbić na nas.”

Ja nie wyobrażam sobie trenowania w takich warunkach, ale Rafał twierdzi, że z każdą kolejną sytuacją człowiek się uodparnia, a ja po raz kolejny myślę, że kolarze to nadludzie.

Udaje nam się wrócić do sportu. Pytam go, jak utrzymuje motywację robiąc od sześciu lat to samo, przez cały rok?

„Nie zdobyliśmy jeszcze najwyższych celów w kolarstwie.”

Mówi o szkoleniu centralnym, o tym, że trenując razem wszyscy się wzajemnie napędzają. Osobno nie daliby rady.

„Mamy potencjał zdobywać medale olimpijskie. Mamy takich zawodników.”

Niestety, polscy zawodnicy jeżdżą na pięcio, nawet siedmioletnich rowerach. Zamiast wyjeżdżać na zgrupowania do Australii czy chociażby Zakopanego, muszą zadowolić się torem w Pruszkowie.

„Wszędzie gdzieś brakuje”

Pytam go o jego preferencje.

„Chciałbym lubić jeździć kilometr.”

Oboje wybuchamy śmiechem. “Chciałbym lubić – to ładne”. Jego domeną jest sprint drużynowy, w tej dyscyplinie zdobył srebro Mistrzostw Europy i czwarte miejsce na Mistrzostwach Świata. Ale lubi też sprinty indywidualne. Wielokrotne stawanie do biegów zamiast męczyć, motywuje go, bo

„Każdy kolejny start znaczy, że jesteś coraz wyżej.”

Tu nasza rozmowa się kończy. Pomimo, że zbliżające się Mistrzostwa Polski zostały odwołane, kadra wciąż trenuje. Przecież zaraz jest Puchar Świata, a kolega akurat szuka koronki jedenastki i Rafał musi iść mu pomóc.

Schodząc na płytę toru, dowiadujemy się, że Mistrzostwa Polski jednak się   odbędą. Od razu rzucam się na internet, ale tam nie ma żadnej potwierdzonej informacji. “Na pewno?” pytam się. “Na pewno” słyszę i widzę kiwanie głową.

No dobrze. Nawet jak na świat kolarstwa torowego, to dość niezwykła sytuacja. Ale ważne, że będą.

Dziękuję Rafałowi i się żegnam. Jeszcze wrócimy do tej rozmowy.